poczatek malinowej przygody z ortodonta.

 

malina odziedziczyla waska szczeke po tacie i wielkie zeby po mamie. oczywiscie trudno wygodnie zyc w takiej sytuacji. nareszcie znalezlismy swietna pania ortodontke. pani zrobila pomiary, modele, zaprezentowala nam rozne rozwiazania i wczoraj ruszyl proces poprawiania natury, ktory bedzie trwal az 4 lata. chodzi nie tylko o estetyke ale i o zdrowie. ja chcialam tylko, zeby zabki byly rowne, ale okazalo sie, ze malinowa szczeka zaczela sie przystosowywac do ciasnoty, malinowy tylozgryz zrobil sie taki, ze dorosla malina moglaby miec klopoty z dykcja, trawieniem i spaniem (oddychaniem we snie). przez dwa tygodnie bedzie nosila teraz gumki miedzy zebami, ktore maja rozepchnac zeby gornej szczeki, potem bedzie luzna klamerka, potem jakies zawiasy, potem znow gumki, potem stala klamerka a potem malina zrobi mature. pani ortodontka poradzila mi zaraz kupic lekarstwa przeciwbolowe, bo przez te gumki wieczorem zaczna bardzo bolec dziasla, dzieci placza i nie ma co maliny meczyc. kto pamieta stad maline jako maciupkie dziecko to wie, ze martwilam sie, czy malina w ogole odczuwa bol. syrop przeciwbolowy dostala raz w zyciu, bo zmoglo ja strasznie bolesne zapalenie uszu.

przez caly wieczor malina przezywala, ze w koncu bedzie miala klamerke, ze sie zaczelo, ze sie cieszy, ze ja uwiera, ale ani slowa o bolu. zrobilysmy liste miekkiego pozywienia na te dwa tygodnie: avokado, gruszki, banany, bialy chleb bez skorki, milchschnitte, zupa dyniowa i rosolek, polenta, rozgniecione ziemniaki. i taka byla sobie dzielna caly wieczor, ale jak poszla do lozka to za nic nie mogla zasnac i… poprosila zebym zaspiewala jej cos na dobranoc. spiewalam wiec i glaskalam i tak sie kurcze wzruszylam, ze nie zauwazylam jak zasnela.

 

 

pieknie bylo w tym roku.

 

pierwszy wakacyjny tydzien malina spedzila w domu. chodzila pozno spac a potem spala do 10 rano. sniadnie w pizamie. kolo 12 przychodzil gosc. wspolna gra w monopol, kometke albo ping ponga, hustawka z plotkami lub wspolnymi spiewami albo gotowanie zupy z dzikiego bzu albo podgladanie chlopakow przez plot. potemy byl intensywny tydzien pod zaglem, na jeziorze czy slonce czy deszcz. a potem pojechalismy na wakacje. najpierw mieszkalismy w dwoch pieknych castello w toskanii. nasze 11-letnie dziecko zaliczylo florencje, siene, pise a nawet san gimignano i monteriggioni po czym z czystym sumieniem wsiedlismy na prom i po nocnym rejsie obudzilismy sie na na sardynii. po toskanskich wygodach malutki basen w naszym ulubionym miejscu wydal mi sie podobny do kaluzy a sosnowe mebelki skromniejsze niz zwykle, ale malina rozkwitla:

 – dobrze, ze wszystko co wazne zobaczylismy w toskanii wiec w przyszlym roku od razu mozemu przyjechac tu! jak tu pieknie!!! – wzruszyla sie normalnie.

co rano przed sniadaniem plywalismy w plaskim jak stolnica morzu o porannym, bladym, oslepiajacym sloncu, ktore juz o tej porze dobrze przygrzewalo. do wody wyskakiwalismy prosto z pizam. potem sniadanie, potem plaza o zlotym piasku i turkusowej wodzie, potem lunch, potem sjesta, potem plaza z kamieniami i nurkowanie (ale tylko takie z rurka, krysiu), potem kawa w chatce nad morzem i malina jeszcze moczaca pupe w wodzie, potem kolacja, potem bar nad woda, potem ksiazka na tarasie i tak moglyby sie te wakacje nie konczyc. malina wraz z koncem roku szkolnego dostala pozwolenie na turkusowe pasemka, na sardynii malowala paznokcie na niebiesko albo pomaranczowo i malowala dodatkowe pasemka we wlosach na rozowo i wydawalo jej sie, ze zycie nie ma zadnych ograniczen. pewnie dlatego cos takiego jej sie porobilo, ze lazila wiecznie zadowolona, rozesmiana i te trzy tygodnie uplynely nam w takiej harmonii rodzinnej, ze wygladalismy jak bohaterowie reklamy nivea albo platkow kukurydzinaych. do domu wrocilismy jak zwykle w ostatniej chwili i choc strasznie nam bylo szkoda, ze to juz koniec, to ogrod przywital nas sciana granatowch winogron, czerwonego bluszczu, jesiennych roz i bratkow, wiec nie smucilismy sie dlugo. zycie od razu wrzucilo nas w wir codziennosci i dopiero w tym tygodniu chyba zrobi sie luzniej. sardynskie upaly i ogniste slonce tak nam naladowaly baterie, ze teraz z przyjemnoscia wdychamy lekko wilgotne jesienne, swieze powietrze. las pachnie grzybami i juz do porannej kawy mozna zapalic swiece.

 

 

placek.

 

wielki projekt, wielkie nazwiska, ocieramy sie o wielki swiat. dlatego tez oprocz ludzi, z ktorymi mamy pracowac, musimy tez pracowac z ich managerami, producentami i agentami. to wielka machina, w ktorej kazdy zarabia pieniadze i kazdy musi powiedziec swoja kwestie, zaznaczyc swoja obecnosc i podkreslic wage swoje funkcji. kazdy prezy miesnie i wciaga brzuch. jest czesto glupio i nieprzyjemnie a my jako produkcja jestesmy profesjonalni, uprzejmi i usmiechnieci. z naszej strony projektem kieruje producent prawdziwa gwiazda i jak to z prawdziwymi gwiazdami bywa jest to…skromny, mily pan z niesamowitym poczuciem humoru. wczoraj mielismy pierwsze telefoniczne starcie z producentka gwiazdy. producentka przez dobra godzine obrazala mojego producenta, byla arogancka, glosna i nieprzyjemna. on to znosil ze stoickim spokojem a ja probowalam wszystko obrocic w zart i tak jakos przebrnelismy przez godzinna narade pelna przeszkod jak pole minowe. kwadrans po tej bolesnej operacji producentka zadzwonila do mojego szefa i mnie i zaczela sie rzucac zebysmy natychmiast dali jej podopiecznemu innego producenta. na-tych-miast! mnie zatkalo a moj szef uprzejmy jak zawsze:

 – kochana, przegogluj prosze pana g., zastanow sie jaki dumny bedzie twoj h. jesli bedziecie pracowac z g. i… zadzwon jeszcze raz, ok?

po kolejnym kwadransie producentka zadzwonila do g. i zostawila dluga wiadomosc jak bardzo sie cieszy, ze beda razem pracowac, jak to cudownie ze sie poznali, ze jest jego absolutna fanka a film „s” jest jej ulubionym filmem od zawsze! dzwonie do szefa producentki i grzecznie pytam czy ona tak zawsze, bo to nam troche utrudnia prace i czy on moze cos z tym zrobic. a on, ze niewiele da sie zrobic, ale da nam dobra rade: zawsze wszystko omawiac przed 2-3 popoludniu. o tej porze producentka zaczyna pic. niestety jak pije na smutno to jest agresywna jak moglismy sie na wlasnej skorze przekonac. przed poludniem rewelacyjna profesjonalistka.

i masz babo placek.

 

 

 

 

rak duszy.

 

j. od stycznia pracuje dla nas przy specjalnych projektach. znam ja z elokwentnej korespondencji, z ciekawych zdjec, zwariowanych tekstow. poznalysmy sie dopiero w cannes. w cannes wszyscy sa podkreceni. deficyt snu, alkohol, upal, skakanie z party na party, nikt nie jest normalny, prawda? siedzimy w wiekszym gronie, wszyscy sacza rozowe wino, leniwy czas miedzy porannymi, stresujacymi spotkaniami, lodowata klimatyzacja w salach kinowych a wieczornymi party na wysokich obcasach. widze ja i nic nie mowie, bo ta osoba o genialnej figurze i niskim glosie wydaje mi sie strasznie niesympatyczna. ciagle cos rzuca w moja strone, ale ja leniwie ignoruje zarty i zaczepki. w koncu nie wytrzymuje:

 – skarbie a co ty mnie tak zupelnie nie widzisz? mowie do ciebie i mowie! a ty nic nie mowisz!

 – widzisz przeciez do nikogo nie mowie. zbieram sily na wieczor – odpowiadam uprzejmie.

 – ale skarbie…

 – uwazaj. jak bedziesz do mnie mowila skarbie to w ogole nie bede z toba gadac, ok?

he. he. smiejemy sie z mojego zartu i wiemy, ze juz raczej sie nie polubimy. intuicja mi mowi, ze pani jest lekko kopnieta, szalona. psycho. moi szefowie uwazaja , ze przesadzam, wiec zamykam dziob i mysle, ze moze zwyczajnie z wiekiem staje sie radykalna, nietolerancyjna albo nawet drobnomieszczanska, bo mnie tacy ludzie coraz bardziej wkurzaja.

minely wlasnie dwa miesiace. od wczoraj trwa akcja przyjaciol j., ktorzy chca ja wyslac do kliniki. od 6 tygodni ma zabroniony kontakt z dziecmi. oszalala. wysyla dziwne obrazliwe maile. raz jest zgwalcona hinduska a raz ponizana zydowka. raz gwiazda rocka, raz nierozumiana poetka. zawsze jednak w patetycznie pobozny sposob lub niesamowicie wulgarny. rodzina szuka pomocy w sadzie. boja sie, ze bez pomocy klinicznej zrobi sobie krzywde a moze nawet byc grozna dla innych. rozdwojenie osobowosci. ogladam jej zdjecia na fb.- dwa profile jak u wiekszosci moich zawodowych znajomych. na jednym ciepla, kochana mama dwoch dziewczynek, na drugim wariatka o szalonym wzroku i z glupimi minami.

akcja na fb ma dla mnie niejednoznaczna wymowe. z jednej strony uwazam, ze znajomi i rodzina nie maja prawa wywlekac jej prywatnej sfery na statusowych tablicach, z drugiej strony ona tego nie kasuje, lubi byc „aktorka”, potrzebuje publicznosci i podobno tylko w ten sposob mozna ja naklonic do pojscia do kliniki. jej tablica na obu profilach zapelnia sie od wczoraj wyznaniami przyjazni i prosbami: kochana, dla dobra dzieci ale przede wszystkim dla wlasnego dobra, idz do kliniki.

taka choroba jest jak rak.

 

 

malina we wloszech.

 

rok temu w padwie mieszkalysmy na przeciwko bazyliki swietego antoniego. malina obejrzala w tej bazylice kazda rzezbe, kazda gablote z relikwiami, kazdy obraz – wszystko bylo opisane po wlosku i po lacinie, ani slowa wyjasnienia po angielsku.

 – nie martw sie, za rok bede mogla ci wszystko czytac! – moje dziecko strasznie cieszylo sie na lacine w gimnazjum.

w sobote wybralysmy sie do ksiegarni uzupelnic lektury wakacyjne i zaopatrzyc sie w jakis przewodnik. o ile na sardynii jak zwykle bedziemy sie glownie moczyc w wodzie, to w toskanii chcielibysmy pokazac malinie to i owo.

malina w domu przegadajac przewodnik, na widok florenckich kosciolow:

 – o! zapomnialysmy, ze musimy miec podreczny slownik lacinski.

 – malina, ale ja glownie chce ogladac buty i torebki!

 – no, ja torebki tez! ale w sklepie to mozemy jakos po angielsku.

 

wieczorem jedziemy do ksiegarni. po slownik.

jestes silna. jestes slaba.

 

 

mam dwie znajome mamy dziewczynek. ich coreczek nie laczy absolutnie nic, nawet sie nie znaja, poza tym, ze sa wczesniakami. obie maja po 10 lat i obie urodzily sie tak wczesnie, ze lekarze nie dawali im wiekszych szans na przezycie. wyrosly na duze panny o zupelnie odmiennych osobowosciach. jedna mama w ogole nie porusza tematu. chyba tylko dlatego, ze dlugo sie znamy czasem sie rozczuli: popatrz jak ten czowieczek uczepil sie zycia, jak sobie zycie wywalczyl. malutkiej ch. mama od zawsze powtarzala, ze jest silna, ze jest dzielna, ze daje sobie rade. i ch. taka wlasnie jest.

mama malej l. wrecz przeciwnie: dla niej l. jest dzieckiem stojacym na skraju przepasci. l. zyje tak jakby lada moment musiala wrocic do inkubatora. wszyscy wiedza, ze jest wczesniakiem, ze jest delikatna, ze ledwo sie urodzila a juz przezyla traume. 10 lat po wszystkim a ta duza, zdrowa dziewczynka wciaz od nowa slyszy swoja smutna historie, choc przeciez historia z dobrym zakonczeniem, zeby nie wiem jak smutno sie zaczela, jest jednak wesola, prawda?

nie prawda. nie u nich. trzy dni temu mama l. zadzwonila do mnie z prosba o pomoc i odebranie starszej siostry z zajec, bo mlodsza… ach no z mlodsza sa u lekarza! operacja… glos jej sie lamie a mnie zatyka i mysle, ze moze nie znalam calej prawdy o l.? operacja? co sie stalo? otoz l. jest bardzo wrazliwym dzieckiem, jak wiem (i tu krotka wersja histroii inkubatora) i strasznie boi sie dentysty. a ma niestety malutka prochnice w zabku. byli u dwoch dentystow i tylko jedemu dalo sie cos tam poborowac, ale w polowie lekarz przerwal i powiedzial, ze zdrowiej jest chodzic z mala prochnica w zebie niz z dziura w policzku a on nie moze obiecac, ze nic sie nie stanie. borowanie zeba u dziecka wyjacego i wyrywajcego sie na krzesle jakby polewanie ukropem graniczy z cudem i on nie chce jej zranic. zakleil zabek z mala prochnica i wyslal mame do specjalnego dentysty, ktory dzieci usypia hipnoza. niestety, nie kazde dziecko mozna uspic. l. nie mozna! zdecydowali sie w koncu na normalna narkoze i juz dwa dni przed wiedzieli, ze bedzie walka o wypicie sypu usypiajacego…

ten wpis jest o tym, ze warto swoje leki, bol, uprzedzenia zachowac dla siebie i zostawic dziecko w spokoju. nie jest latwo, wiem po sobie, ale trzeba probowac.

 

 

 

 

malina w uporzadkowanym pokoju.

 

malina rozpoczela wakacje od sprzatania. co i raz znosila smietniczke pelna smieci. musialam ja najpierw do tego nieco zachecic, ale jak juz zaczela to sprawy potoczyly sie jakby same i w pokoju zrobilo sie naprawde ladnie.

po porzadkach obiad.

 – malina, no to teraz juz mozesz sobie robic co chcesz! chcesz sie z kims spotkac? – pytam gotowa jak zawsze przeistoczyc sie w milego kierowce.

 – no co ty! – kreci glowa malina – teraz to ja chce sobie pozyc!

 

 

malina w restauracji.

 

malina wrocila dzis ze szkoly z kolezanka. wlasnie zaczely sie ferie. przez sms juz wiedzialam, ze malina ma dobre swiadectwo i ze jest zadowolona, ale jak ja zobaczylam przed domem, to nie bylam pewna jakie ma wiadomosci, bo czulam, ze cos w niej sie gotuje i ze jest to albo dobra albo zla wiadomosc. na swiadectwie same jedyneczki i kilka dwojek.malina wyciaga z torby ksiazke. bam! to jest nagroda dla drugiej najlepszej w klasie. 

 – malina, pomylili cie z kims? – smieje sie.

 kolezanka maliny zniesmaczona moim glupim dowcipem:

 – oczywiscie, ze nie! ona jest super!

zaprosilam dziewczyny na pizze i cole z okazji zakonczenia roku, ale ze nie moglam sama wyjsc i wyslalam je same. przewrocily pol szafy, przebraly sie „elegancko” i poszly a ja szybko sprawe omowilam telefonicznie z wlascicielem restauracji. panny zjadly pizze, popily dwiema colami i zamowily mieszanke deserow. zaplacily i daly 8 euro napiwku. wiedzialy, ze cos trzeba dac, ale nie wiedzialy ile, wiec daly co im zostalo. w drodze powrotnej wyskrobaly jeszcze jakies grosze i kupily sobie papierosy. gumowe na szczescie.

potem wlaczyly muzyke na caly regulator i wytanczyly caly szkolny stres.

poznym wieczorem zabralam maline na spacer. posiedzialysmy sobie na lawce i popatrzylysmy na jezioro. zaczely sie wakacje.

 

malina akrobatyczna.

 

na poczatku roku szkolnego malina z szerokiej oferty roznych zajec wybrala koszykowke i kometke. po pierwszym semestrze najpierw ublagala mnie a potem opiekuna klasy zeby pozwolono jej zamienic koszykowke na akrobatyke, bo byla jedyna dziewczynka w grupie. normalnie wybrane dodatkowe zajecia trzeba kontynuowac do konca roku szkolnego i dopiero w nastepnej klasie zaczac cos innego, ale szkola zrobila wyjatek. dodatkowo malinie udalo sie jakos wkrecic na zajecia wspinaczkowe. wczoraj na sommerfest konczacym rok szkolny (dzis rozdanie swiadectw:-) dzieci pokazaly co umieja. malina prezentowala sie w grupie akrobatek. dziewczynki w trojke skakaly po barierkach jak malpki. o rozowe koszulki zadbala malina (kosztowaly 2 euro za sztuke), ja bylam odpowiedzialna za ich fachowe obciecie, okropne spodnie jak od pizamy zamowila mama jednej z dziewczynek i panny byly nimi tak zachwycone, ze nie chcialy ich zdjac potem przez caly fest. swoj pokaz wykonaly swietnie, rytmicznie i zgrabnie. co i raz zapieralo mi dech, bo jednak niektore elementy byly nie na moje nerwy. za godzine zaczynaja sie malinowe wakacje!!!