jesienny wpis w przelocie.

 

po dziesieciu miesiacach malzenstwa, nasza firma wlasnie doprowadzila do szczesliwego konca rozwod. slub byl szybki i wesoly, rozwod dlugi i ponury. no ale w koncu jest po wszystkim. noc przed podpisaniem rozwiazania u notariusza przezylismy wirtualnie razem, bo kolo 22 okazalo sie, ze druga strona znow czegos nie chce, staje okoniem i ze znow sprawa sie moze przesunac o tydzien lub dwa a ja domawialam z grafikiem strone internetowa i nie wiedzialam czy , byc gotowa na teraz czy mamy jeszcze czas na poprawki. wszyscy ze wszystkimi korespondowali, wysylali smsy, trzymali kciuki, wkurzali sie, nie sadzilam, ze wirtualnie moze byc tak emocjonalnie. o 11 nastepnego dnia moi szefowie wyszli od notariusza i jak do mnie zadzwonili, to normalnie im sie glos lamal:

 – wez sie pakuj i przylec do biura.

 – nie moge, malina ma ferie.

 – pakuj maline i przyleccie razem.

w poniedzialek polecialysmy pierwszym samolotem. malina przez tydzien wspolpracowala w przygotowywaniu produkcji filmowej a w przerwach miala organizowane wycieczki do muzeum czekolady, do muzeum ciemnosci, zwiedzanie portu, ale „praca” w biurze podobala jej sie najbardziej. nauczyla sie obslugiwac exel (tylko wypelnianie tabelki cenami, ale jednak:-), segregowala rekwizyty, zostala wlaczona do mailowego okolnika „co chcecie dzis na obiad” a raz byla nawet na sluzbowej kolacji z nami w bardzo pieknej restauracji. oczywiscie jej plany zyciowe zmienily sie diametralnie. aktualnie chce byc producentem filmowym, wiec wziela sie za matematyke. w naszym bardzo trendy biurze podobalo jej sie wszystko, ale najbardziej kuchnia w postaci wagonu pociagowego. natomiast skrytykowala sciany, ze takie podrapane i obskubane i zupelnie do nas nie pasuja. moj szef staral sie ja przekonac, ze tak ma wlasnie byc, ale jej nie przekonal.

zrobilam sie troche wazniejsza a jesli przyjme zlozona mi propozycje to w ogole prawdziwa kariera. troche jestem zaskoczona, troche speszona ale na poczatek postanowilam sie cieszyc ta propozycja i nie zastanawiac nad reszta. na omawianie warunkow chcemy wybrac sie gdzies w miejsce odlegle od biura. na poczatku grudnia.

tak cudownej zlotej jesieni juz dawno nie bylo… i pieknie i melancholijnie. cieplo.

 

malinowo-lzawy poniedzialek. 13.

malina wrocila ze szkoly cala we lzach. mialam akurat telefoniczna konferencje, wylaczylam mikrofon a panowie jakos sami sobie dali rade. myslalam, ze jakis zly stopien albo klotnia z kolezanka. nie, nie… po drodze z autobusu malina zobaczyla zabita wiewiorke. u nas w ogrodzie ciagle biegaja wiewiorki, taki symbol zycia, lekkosci – zawsze sie smiejemy, podziwiamy i nie dowierzamy wlasnym oczom. jak mozna tak skakac, fruwac, tanczyc… a tu?… z wiewiorki zostalo zakrwawione mieso i ogonek.

 – i wiesz co, to nie byla dorosla wiewiorka ani dziecko. taki nastolatek to byl… – chlipie malina i ryczy od nowa.

obiad. zimno mi. lece do szafy i wyciagam (szafa meza jest blizej drzwi) sweter meza i hooops! juz znow siedze przy stole. maz sie smieje, ze akurat ten sweter chcial wziac do samolotu ale tak to nawet lepiej, bedzie mna pachnial. malina sie rozczula i kreca jej sie woczach lzy:

 – ja tez lubie nosic mamy rzeczy i jak mamy szalik pachnie mama…

na to maz przypomnial sobie jak kiedys, kiedy tylko przyjezdzalam na tydzien czy dwa (20 kat temu:-) to sobie na dobranoc wachal moja poduszke.

 -no! – malina kiwa ze zrozumieniem glowa i… w ryk!

biore ja na kolana jakby znow byla malutkim dzieckiem i pytam czy moze jednak cos sie stalo w szkole. no ale nie, nie buuuuuu… malina wyplakuje wszystkie swoje smutki i pewnie bol szczeki i juz jest prawie po sprawie, kiedy nagle przypomina jej sie:

 – chyba zgubilam ksiazke do laciny. nigdze jej nie ma… – i w placz. od nowa, bo i znow jej sie ta wieiworka przypomniala.

na dobranoc czyta cos tam jeszcze i obiecuje zaraz zgasic swiatlo. siedzimy na dole i slyszymy nagle wsciekle:

 – boze, jak-mnie-to-zlo-sci!!!

idziemy zobaczyc co sie dzieje. malina smieje sie przez lzy. od kilku dni kiwajacy sie zab malina trzyma w garsci, krwawiace dziaslo przeplukuje zimna woda.

 – a teraz ide spac. – kladzie sie zadowolona do lozka i zasypia natychmiast.

 

a dzis wtorek. no wtorek to od razu jakis lepszy od rana juz.

 

 

malina

 

malina chodzi w swoim narzedziu tortur. wyglada to okropnie. pod podniebieniem ma rozpiety stalowy krzyz umocowany wokol tylnych zebow. co rano i co wieczor przekrecam specjalnym kluczykiem te konstrukcje, ktora rozpiera malinie gorna szczeke. na dolnych zabkach zwykla klamerka. do mycia zebow zestaw szczoteczek, nitek, swiderkow i maly prysznic do jamy ustnej. malina je miekkie buleczki, gruszke, wszystko pokrojone na malutkie kawaleczki. tak bedzie teraz przez pol roku. malina jest dzielna chociaz trudno jej mowic, jesc i pic. gdyby nie chodzilo o zdrowie a tylko o urode to bym chyba cofnela te terapie. dla mnie malina jest piekna takze z tylozgryzem.

 

akurat zyjemy w bardzo smutnym czasie: zle wiadomosci, smierc, pogrzeb, zawalone projekty, choroby, ktore nie wiadomo jak sie moga rozwinac, w pracy przechodze bardzo trudny okres, bo o ile slub firmowy jest latwy, o tyle rozwod zwiazany jest z nieprzyjemna atmosfera, prawnikami i dokumentami. i jest malina, ktora trzyma nas w pionie. zawsze w dobrym humorze, gotowa do calusow na pocieszenie, smiejaca sie od ucha do ucha mimo 2 kilogramow zelastwa w ustach, piszaca ogolnoniemiecki test najlepiej w klasie… nie mozemy jej dac po sobie poznac, ale w tym momencie jest nasza opoka, cieplem, miejscem do ktorego biegna wszystkie nasze mysli, kiedy staramy sie zapomniec o klopotach.

 

 

it’s full of evil clowns

 

w malinowej szkole co jesien odbywa sie wieczor muzyczny. piekna aula, swietne intrumenty, goscie takze spoza szkoly. malina postanowila w tym roku nie tylko grac na pianinie, ale zaspiewac jakis francuski duet z kolezanka i cos solo. troche sie martwie, bo w tamtym roku na scenie stali prawdziwi mlodzi artysci. wszystko jest bardzo serio… malina miala w planach zaspiewanie memory z „kotow”, ale rok temu juz spiewala to jej kolazanka akompaniujac sobie (znakomicie) na gitarze, no wiec odpada… i dzis malina szczesliwa powiadomila mnie, ze ma pomysl a w czwartek chce zaprezentowac ten pomysl pani od muzyki.

 – o! a co chcesz spiewac?

 – funhouse! super co?

zrobilysmy krotka lekcje angielskiego i bez spiewania przelecialsmy tekst:

I dance around this empty house
Tear us down, throw you out
Screaming down the halls
Spinning all around and now we fall

Pictures framing up the past
Your taunting smirk behind the glass
This museum full of ash
Once a tickle, now a rash

This used to be a funhouse
But now it’s full of evil clowns
It’s time to start the countdown
I’m gonna burn it down, down, down
I’m gonna burn it down

9, 8, 7, 6-5-4, 3, 2, 1, fun! 

 

no i? pasuje na muzyczny wieczor w klasztorze?

 

 

 

grac boso.

 

zajecia z badmintona. malina chciala je kontynuowac w tym roku, ale zabraklo dla niej miejsca. nie zmartwila sie zbytnio, bo zajecia sa teraz z bardzo surowa pania. tydzien temu wywalila z zajec dwoch uczniow, bo nie mieli sportowego obuwia. w butach normalnych nie pozwala grac a boso tez nie, bo niebezpiecznie… niemiecka dokladnosc?

 

malinowa odyseja.

 

malina zna odyseje na pamiec oraz wszytkie mity, bogow, boginie itp. sprawdzamy wczoraj prace domowa. lacinski tekst na polowa a4 a do niego 5 stronnicowy test multiple choice. malina odrobila te prace domowa w 10 minut. sprawdzam… hmmm no niestety za malo rozumiem z tekstu. no ale to jest test poprzedniego roku, podobno jest w internecie. szukam. jest. prawie wszystkie malinowe odpowiedzi… zle. malina oburzona:

 – w takim razie te rozwiazania w internecie sa bledne!

(panie boze, obdarz mnie tylko 2% tej pewnosci siebie, ktora ma moja corka!)

 – moze i bledne. bez tlumaczenia tekstu nie moge tego ocenic.

malina bierze sie za tlumaczenie tekstu. ja wrzucam w tlumacza google. google automatycznie rozpoznaje, ze to tekst w jezyku baskijskim, ale zaraz wyprowadzam go z bledu: lateinisch. wkurzony google wyrzuca mi taka sieczke, ze w ogole nie wiadomo o co chodzi. w tlumaczeniu na niemiecki nie, na angielski nie i na polski nie. na szczescie malina szybko tlumaczy i… sama rozumie w czym blad. po przeczytaniu pierwszego zdania od razu wiedziala co to za fragment tekstu i co w nim chodzi. a tu nic z tego! to jest inny fragmencik. i dlatego wiekszosc odpowiedzi bledna.

i tak to sobie malina sama dala taka skrocona lekcje pokory. ja nawet nic nie musialam mowic tylko bylam mila wieczorowa mamusia.

 

poboli, poboli i przestanie.

 

wczoraj  okazalo sie, ze chlopiec, ktory przeszedl przez trzy etapy castingu do nowego filmiku reklamowego zostal odrzucony. ot tak. ogladali go i ogladali. poszli szukac alternatywy w londynie i sztokholmie, wrocili i uznali, ze jest swietny, ze tylko on jeden moze godnie zagrac w 30 sekundach promujacych ten cudowny produkt do chrupania. niestety, w ostatniej chwili przyszly wyniki badan marketingowych. okazalo sie, ze produkt jest chetnie chrupany przez chlopcow, dziewczynki wola inne sposoby niszczena sobie zebow. o! – zastanowil sie klient – musimy zawladnac umyslem dziewczynek. chlopcow przeciez juz mamy. i z godziny na godzine nasz bohater zostal zrzucony z piedestalu a stanela tam rudowlosa dziewczynka z wesola grzywka. niby nic, ale dla produkcji to jest okropny stres. dziewczynka potrzebuje na planie filmowym innego fryzjera niz chlopiec i znow trzeba przegladac stosy bluzek, rajstop i w dodatku spodniczek zeby dziecko ubrane bylo tak by lubily ja zwolenniczki rozu ale i te co programowo rozu nie znosza! znow trzeba zalatwiac papiero od lekarza, ze szkoly i ministerstwa do spraw nieletnich. a zdjecia lada moment. no wiec tak sie wczoraj przejmujemy ta sprawa a ja rzucam: boze, co ten chlopiec teraz musi przezywac… wszystkie kamery na mnie: co???! w takim momencie ten chlopiec jest tak niewazny jak pogoda w astralii albo zeszloroczny snieg. rezyser wzrusza ramionami: musi sie uczyc. takie jest zycie.

no pewnie, ze jest. przeciez sa dzieci chore, dzieci ktorym umieraja rodzice, dzieci zyjace w biedzie. nie_zagranie_w_glupawy,_filmiku_reklamowym nie jest jakas zyciowa tragedia. nie jest i jest. z naszej doroslej perspektywy to jest tylko godne wzruszenia ramionami. pamietacie te wzruszenia ramion widziane w perspektywy 5 latka? i perspektywy 120 centymetrow? pomyslalam wczoraj, ze szczesliwi dorosli wsrod nas to ci, ktorzy tego wzruszania nie musieli zbyt czesto doswiadczac.

 

 

urodziny malinowego taty.

 

 – a na kiedy by pani chciala ten tort?

 – na jutro…

 – o to nie ma mowy. mogla pani zadzwonic dwa dni temu.

 – no moglam… moze da sie cos zrobic? ostatnio tez tak zamawialam w ostatniej chwili…

 – porozmawiam z szefem. niech pani zadzwoni za 15 minut. ale od razu mowie: szef sie nie zgodzi.

dzwonie za kwadrans.

 – o! prosze pani, w ogole nie ma sprawy! to co ma byc tam napisane?

moj maz nie jada ciast poza suchym (najlepiej takim co postal bez przykrycia dwa dni) ciastem biszkoptowym i sernikiem. a torty to juz w ogole nie wchodza w rachube. kilka lat temu wymyslilam z panem cukiernikiem zeby okragly, ulubiony sernik mojego meza przykryc marcepanem i na gorze ozdobic czekolada i marcepanem. i tak jest w co wbic swieczki urodzinowe i solenizantowi smakuje. pana cukiernika znamy od 12 lat, strasznie lubimy i to nie tylko za swietne wypieki! pojechalam po ten tort tam gdzie kiedys mieszkalismy (godzina drogi w jedna strone!) i poza tortem znalazlam prezent ksiazkowy w ksiegarence za rogiem i alkoholowy akcent bombelkowo-urodzinowy w zaprzajznionej winiarni. a wszedzie pozdrowienia i zyczenia dla meza. juz dawno tak mi sie milo nie robilo zakupow, bo w dodatku spotkalam byla sasiadke i poszlysmy na kawe i plotki.

na urodzinowe sniadanie popijalismy sernikowy tort bombelkami, potem pokrecilismy sie po ogrodzie, potem poszlismy nad jezioro na lunch, potem na wycieczke rowerowa. znalezlismy samotny pomost i rozlozylismy sie nad woda. malina moczyla nogi a potem poszla zbierac kasztany. maz przysnal, malina polozyla sie obok i kijem mieszala wode w jeziorze i… tez przysnela. tak sie wygrzewali w sloncu jak koty: duzy i maly. potem znow troche posiedzielismy w ogrodzie a na kolacje bylo rybne fondue. potem malina poszla spac a my po kapieli we wrzatku poszlismy pic wino na tarasie pod gwiazdami owinieci w szlafroki i koc. ze swietowania rodzinnego przeszlismy w swietowanie malzenskie. a zaraz po polnocy moc zasnal mruczac: co to byly za genialne urodziny…