malina w hamburgu

 

malina powiedziala wczoraj, ze jestesmy przyjaciolkami. powiedzialam jej ze nie jestesmy, bo w przyjazni nie ma zaleznosci. podobnie zreszta jest z miloscia i ze jak kiedys bedzie miala jakies watpliwosci to warto zeby sobie te nasza rozmowe przypomniala. malina nie moze nawet pojechac do kolezanki bez mojej pomocy, bo mieszkamy na wsi trzeba ja podwiezc, nie zarabia pieniedzy a jak sie zezloszcze ze ma balagan w pokoju to musi posprzatac. w przyjazni nikt nic nie musi poza respektowaniem, cierpliwoscia i wybaczaniem. podobnie jak w milosci. pocieszylam ja, ze mamy dobre zadatki na przyjaciolki i ze jak bedzie dorosla to mam nadzieje, ze zostaniemy przyjaciolkami. zyjemy w podobnym rytmie, umiemy ubrac sie w trzy minuty plus makijaz (tak, tak, malina kupila sobie w polsce chabrowy tusz do rzes i maluje sie nim teraz w wakacje. musze przyznac, ze wyglada to swietnie), w sekunde zmienic plan i wsiasc we wlasnie przejezdzajacy tramwaj i pojechac zupelnie w inna strone niz planowalysmy. nasze rozmowy wieczorne przy stole w moim ukochanym hoteliku w hamburgu sa chyba tak samo wazne dla mnie jak i dla niej. przepoludnia spedza w szkole plastycznej, lunch z nami w biurze lub kolo biura, w srode krecimy w hamburgu i malina dostala od mojego kolegi producenta oferte pracy na planie – bedzie wspomagala stylistke i kostiumy. juz dzis jest bardzo przejeta i szczesliwa. tatus dzwoni do nas co i raz i teskni. my tez, ale tez jest bardzo fajnie.

za godzine: malinowe wakacje!

 

malinowa walizka i moja pelne sa sukienek i powiewnych bluzek a nawet zwariowanych sandalkow, ktore kupilam malinie w chwili slabosci. w tamtym roku hamburg plakal deszczem caly tydzien, tym razem ma byc goraco. malina wlasnie jedzie do domu ze swiadectwem pelnym jedynek i dwojek. wydaje mi sie, ze jestem bardziej dumna, jak widze ja zeglujaca i walczaca z wiatrem, ale jednak swietne stopnie tez sa fajne. to taka czesc jej zycia, ktora w ogole nas nie aprobuje, nie martwi, nie zajmuje. martwia mnie inne rzeczy. malinie marzy sie prawo jazdy na motorze. co o tym pomysle, to mnie boli brzuch. ale poki co zaczynaja sie wakacje.wlasciwie zaczely sie wczoraj siedzeniem do polnocy na pomoscie i podziwianiem ksiezyca w prawie – pelni. dzis wieczorem ma byc zacmienie – ciekawe czy je zobaczymy.

( a po wakacjach? o ludzie! pani ortodontka powiedziala, ze nie tylko zdejmuje malinie zawiasy – nikt kto tego nie widzial nie wie co to jest, malina ma wiecej metalu w ustach niz zebow – ale tez klamre. wiemy to od 3 dni i malina smieje sie od ucha do ucha przezentujac swoje 5 kilo stali nierdzewnej:-)

 

malinowy koniec roku szkolnego.

 

jutro rozdanie swiadectw. z roku na rok w malinowej klasie robi sie coraz nudniej. w tym roku odchodzi 6 osob, repetuja lub ida do realschule. 5 lat temu byly 4 klasy: a,b,c,d. po wakacjach tylko a i b. tak sobie gadalismy wczoraj, ze szkola jest sztywna i ciekawi ludzie nie mieszcza sie w jej ramki. dzieci nie maja czasu na nic, szybko musza przeleciec caly program i zbierac punkty na lepsze studia. niedawno nocowala u nas malinowa kolezanka. martwila sie swoim swiadectwem. ja na to ze w przyszlosci nikt jej nie zapyta, co miala z biologii czy z historii w 9 klasie gimnazjum. no tak – zamyslila sie – ale ja musze miec dobre oceny, bo chce studiowac prawo. wiekszosc malinowych kolezanek wie co chce studiowac. chyba nie doceniam dojarzalosci wspolczesnych nastolatkow, bo wydaje mi sie dziwne, ze w tym wieku mozna marzyc o kancelarii prawniczej. w warszawie malina zachwycala sie politechnika warszawska, ale raczej z powodu bliskosci koszykow i urody tego niesamowitego budynku.

dzis jeszcze siedzimy na pomoscie z wieczornam piknikiem, jutro z cieplym jeszcze swiadectwem w torbie wyruszamy – to juz jest nasza coroczna tradycja – do hamburga. malina przedpoludinem bedzie malowala w szkole plastycznej, popoludniu wpadnie do biura. przygotowujemy dwa duze projekty, wiec ona juz nie moze sie nacieszyc. pokrecimy sie po miescie, odwiedzimy znajomych, wpadniemy do ulubionych kafejek. intensywny czas z corka. reszte wakacji malina wedruje, zegluje, podnamiotuje i nurkuje z nami na sardynii.

tu wspomne cos bardzo milego. moja przyjaciolka, mama chrzesna maliny wie ze od lat odwiedzamy korsyke i sardynie. zapytala czy w tym roku tez, bo oni tez i kiedy? okazuje sie, ze nasze wakacje zazebia sie ze soba dwoma dniami. oj to fajnie cieszymy sie. gdzie bedziecie – pytam i wiem, ze pewnie gdzies daleko, bo tam gdzie my jedziemy nikt nie jezdzi:-). przyjaciolka podaje adres i pyta czy moze spotkamy sie przynajmniej jakos w polowie drogi i czy mamy do siebie daleko. hmmm hmmm – odpisuje: „w sumie mamy dosc blisko. jesli my pojdziemy do was na piechote to jakies 5-6 minut. jakbysmy mieli sie spotkac w polowie drogi to mysle, ze 3 minuty!!!” ale sie cieszymy. taki zbieg okolicznosci!

 

 

malinowe kilka dni w warszawie

 

musialam na kilka dni wpasc do warszawy. zabralam ze soba maline, bo w szkole juz tylko praktyki i rozne inne glupoty, wiec nic nie stracila. a tak bylysmy trzy razy w teatrze na przyklad. na mayday w och teatrze usmialysmy sie po pachy, na koszykach jadlysmy pyszne kalamary i curry z tuk tuk. noca, mimo deszczu, lazilysmy po saskim, po placu konstytucji i od tak alejami ujazdowskimi. malina znow zachwycila sie politechnika warszawska. zdumiala ja ilosc followersow na instagramie mojej przyjaciolki, ktora w realu wydala jej sie zwyczajnie fajna i sympatyczna. taka normalna. udalo nam sie spotkac maciupka 4 tygodniowa olge, kupilysmy dwie ksiazki, obejrzalysmy pokaz swiatel i fontann nad wisla a potem wloczylsmy sie po starowce – gorace gofry z bita smietana krotko przed polnoca. fajnie bylo, taki intensywny czas z corka. mam wrazenie, ze warszawa przestala pulsowac tym optymistycznym tetnem, euforia i energia sprzed kilku lat. jednak noca jst poprostu przepiekna.

 

 

dzis sa moje urodziny:-)

malina wstala skoro swit chcac powtorzyc sukces z dnia matki i nazrywac na lace kwiatow na polny bukiet. niestety, wczoraj lake ( takze pobliska druga lake) pieknie skosil traktor, wiec malina biegala po lesnych sciezkach, po nocnej rosie i ulozyla sliczny, bardzo kreatywny bukiet. potem byl malinowy tort i stol pelen prezentow – wszystkie opakowane w turkusowozielony papier a z lampy zwisaja biale pompony zmajstrowane przez maline. zebysmy sie wszyscy nie spoznili do pracy powiedzialam, ze tort i kawa teraz a prezenty wieczorem, w spokoju. z autobusu malina przyslala jeszcze serduszka i napisala:

 – mamusiu podziwiam cie!

ucieszylam sie, bo czy codzien slyszy sie takie slowa? a zaraz potem druga wiadomosc:

 – ja bym nie mogla czekac z otworzeniem prezentow do wieczora!

 

hahaha:-) a ja sobie patrze na te paczuszki i ciesze sie na wieczor.

 

 

juz za chwileczke, juz za momencik…

moja o kilka dni starsza przyjaciolka napisala mi dzis, ze to nic nie boli i nastepnego dnia jest dokladnie tak samo. troszke sie posmialysmy. pamietamy siebie z czasow kiedy mialysmy po 15 lat, studniowka, matura, wypady na narty w czasach studenckich. a tu prosze panie po 50-siatce z nastoletnimi corkami. a przeciez prawie wcale sie nie zmienilysmy! prawda?

wczoraj mialam impeze filmowa w monachium i przez chwile pomyslalam, ze jestem jak ta kobieta z historii o liliowym kapeluszu – zalozylam kiecke, buty i poszlam nie przygladajac sie sobie zbyt dlugo w lustrze. pogoda jest piekna, mam super corke, fajnego meza i wciaz atrakcyjna prace. nie musze sie juz martwic, ze ktos mnie zaskoczy jakims pytaniem i ujawni cala moja niewiedze i dyletantyzm. kazdy wychodzi z zalozenia, ze w moim wieku na moim stanowisku wiem to co powinnam wiedziec. tylko ja wiem, ze to nieprawda, ale juz nie musze tego udowadniac. gdyby nie strach, ze nastepne 20 lat minie tak szybko jak poprzednie, to byloby calkiem milo.

malina byla wczoraj w obozie koncentracyjnym w dachau. kiedy byla mlodsza zwalnialam ja ze szkolnych wycieczek do dachau, bo uwazam, ze to nie jest wycieczka dla dzieci. malina wrocila zdruzgotana i zszokowana. i tak powinien wyjsc stamtad kazdy.

 

srodek roku.

mam za soba dwa tygodnie z tak kontrastowym programem, ze juz bardziej sie chyba nie da. tydzien w malym klasztorku nad jeziorem z joga skoro swit, plywaniem w lodowatej wodzie, milczeniem do sniadania, wieczornym spacerem i joga na dobranoc. zdrowe jedzenie, turkusowe jezioro, pozwolenie ziemii zeby mnie nosila. a zaraz potem cannes, szum i gwar, 24 godziny na dobe, upal, wysokie obcasy, small talk i party i tance co wieczor do 3-5 rano. dobrze mi to wszystko zrobilo, czuje sie wytanczona i „gumowa” – zadnego sztywnego karku, zadnego bolu w krzyzu, bardzo przyjemne. szczegolnie, ze mam tez za soba tinnitus i terapie kortyzonowa a przed soba 50te urodziny. czasem mysle, ze zupelnie mnie to nie rusza, a czasem mi jednak troche smutno. no i zupelnie nie mam pomyslu na prezent dla mnie. mysle, ze moj maz tez nie ma i chcialabym mu jakos pomoc. on teraz na zimne dmucha, bo na 24 rocznice slubu w kwietniu podarowal mi piersionek. ot tak niz gruszki ni z pietruszki – a czy ja nosze pierscionki? czy my sobie robimy prezenty na rocznice slubu? no normalnie sie niemal poklociclismy pierwszy raz od 24 lat… jakos sie jednak ogarnelam i nosze ten pierscionek.

malina ma jeszcze miesiac szkoly, i niemcy i polacy wypadli z mundialu, wiec bedzie luz. kupilismy namiot.

 

 



dzieci z dobrych domow.

troche przesady w tym artykule a troche prawdy:

http://www.newsweek.pl/polska/spoleczenstwo/ofiary-ambicji-rodzicow-dzieci-z-dobrych-domow,artykuly,404552,1.html

malinowa kolezanka korzysta z uslug hipnotyzera, po tym jak zawiodly rozne inne metody, zeby dac sobie rade z napadami paniki przed kazdym testem. dziewczyna byla przebadana na padaczke, ale okazalo sie, ze to jej chora dusza. inna kolezanka ma juz nie tylko pociete ramiona ale i nogi, od gory do dolu. najlepsza uczennica w malinowej klasie wybiega po kazdej klasowce z placzem do lazienki i wymiotuje ze strachu, ze nie dala rady a potem dostaje jedynke pod BEZbeldnym testem. pierwsze, co zawsze i wszedzie opowiada jej ojciec, to to, ze jego corka jest geniuszem matematycznym.

ale tez sa inni rodzice, ktorzy olewaja wyscig szczurow, wysylaja dziecko do realschule, kupuja uzywana perkusje, pozwalaja na zupelnie bezuzyteczne dla „kariery” zajecia jak jezdzenie na longboardzie, malowanie, zeglowanie albo wiszenie na hamaku. jendak nie podoba mi sie, ze ten artykul tak tendencyjnie pisze o „dobrych domach”. bo co to w naszych czasach jest „dobry dom”?

wczoraj siedzialam z malina na pomoscie, ogladalysmy zachod slonca. malina ma ferie i codziennie zegluje na nowej lodce (29-er!!!) z partnerka, ma poobijane kolana, podrapane ramiona, przedwczoraj przewrocila im sie lodka i malina wyladowala pod olbrzymim zaglem, zaplatana w trapez i rozne linki – nie mogla sie wydostac. siedzimy a opowiesciom nie ma konca. mysle, ze ferie sa dla dzieci wazniejsze niz szkola. albo tak samo wazne. i nie warto tego mieszac.

 

malinowe praktyki.

w lipcu malina ma szkolne praktyki. dwa tygodnie uczniowe za darmo pracuja gdzies, zeby zobaczyc jak wyglada dorosle zycie i praca. w zadnym wpadku nie mozna odbywac praktyk w miejscu pracy rodzicow. nie wszystkie firmy chca brac udzial w tym programie, bo co tam za korzysc z takiego pietnastolatka? no zadna w sumie. niektore jednak chetnie przyjmuja i pokazuja mlodym ludziom troche doroslego zycia, znajduja jakies proste zadania do wykonania.

najpierw poradzilam malinie, zeby wybrala sobie cos „manualnego”, cos co sprawi jej radosc i nie bedzie planem na zycie. i natychmiast po tej madrej radzie znalazlam jej praktyke przy produkcji serialu, w teatrze musicalowym a tatus znalazl miejsce w jedynie slusznej firmie samochodowej – najfajniejsze biuro w monachium. zanim rozlozylismy wachlarz mozliwosci przed naszym dzieckiem, popukalismy sie w nasze madre, rodzicielskie glowki i dalismy malinie dzialac samodzielnie, bo to przeciez polowa tego „doroslego” zadania: szukanie miejsca pracy. malina zrobila liste firm, obtelefonowala ja z gory do dolu i teraz ma do wyboru: kwiaciarnie, malutka stocznie, ktora buduje i remontuje sportowe zaglowki (maline interesuje szycie zagli), architekta przestrzeni zielonych, zaklad krawiecki szyjacy bawarskie dirndle.

jak sie ciesze, ze sie powstrzymalismy. czasem trzeba.

malinowy sezon zeglarski

sobote spedzilismy w klubie. rozpakowalismy lodki z zimowego snu i zaladowalismy je na przyczepy. zagle sprawdzone, wszelkie sznurki, klamry i srubki przeliczone, uzupelnione i pieknie zapakowane.

a tu znienacka wczoraj spadl snieg. dzis znowu spadl snieg. temperatura nie podnosi sie ponad zero. niestety nad jeziorem garda wcale nie jest lepiej a w przyszlym tygodniu malina ma pierwsza w tym sezonie regate wlasnie tam. temperatura wody: 10 stopni. obudzilam sie dziw w nocy i przypomnialy mi sie wszystkie opowiesci o dretwieniu miesni w zimnej wodzie. zaproponowalam malinie, ze wycofamy sie tym razem z regaty i … pojedziemy na narty, ale ona tylko sie smieje.