BAM! grudzien.
BAM! grudzien.
patrze na piekna malinowa prace domowa i widze slowo: pomuk. dopiero po chwili rozumiem co malina chciala powiedziec.
tatus w indiach, mamusia musiala do miasta. malina zostala wczoraj pierwszy raz w zyciu z babysitter. jeszcze im zrobilam kolacje. jak konczylam makijaz spiewaly juz karaoke. jak wrocilam noca, spaly jak aniolki. znaja sie z zeglowania i ze wspolnego busika do szkoly, ale poza zaglami nie maja ze soba nic wspolnego, bo w tym wieku roznica 4 lat jest jakas olbrzymia przepascia. rano przy sniadaniu zaprezentowaly mi straszliwie okropny manicure: malina pomaranczowy, babysitter turkusowy. spontanicznie chcialam kazac szybko zmyc jeszcze przed pojciem do szkoly, ale nic nie powiedzialam pracujac w pocie czola na image tolerancyjnej i wyluzowanej matki. zaplata zdziwila obie panny: babysitter uwazala, ze bylo super, wiec czemu jeszcze ma byc za to zaplacone? malina uwazala, ze tez moglaby dostac pieniadze, bo w sumie robila to samo co babysitter, wiec w sumie czemu nie? zadowolone pomaszerowaly razem do szkoly.
mam straszna ochote powiedziec malinie jaka pewnie mamy niespodzianke na wiosne. dostalismy niesamowite zaproszenie, ale wiaze sie z dalekim lotem. musze sprawdzic jakie sa sposoby na natychmiastowe spanie jeszcze przed startem inaczej nie dam rady, bo juz na sama mysl szybciej bije mi serce. na razie wiec nic nie mowie, bo nie wiem czy znajde na siebie sposob!
malina obraca sie w trzech kregach znajomosci: kolezanki z podstawowki (z naszej wsi), kolezanki z gimnazjum, kolezanki z polskiej szkolki i kilka kolezanek z okolic chatki. mam wrazenie, ze wszystkie malinowe kolezanki urodzily sie jesienia. nie ma wekendu bez urodzinowego przyjecia. w poprzednia sobote nastapila kumulacja: do 15:00 party na lodowisku, drugie party po 15:00 w warsztacie filcowym i kregielni, szybki sen a w niedziele „domowka”.
od lat przestalam sie juz oburzac na kosze z nazwiskiem jubilatki przygotowane w sklepie z zabawkami. zaczelam doceniac wygode takiego rozwiazania: idziemy, malina wybiera cos tam z tego kosza co uprzednio jubilatka wlozyla jako wymarzony prezent a ja nie musze latac po sklepach i sie wysilac. moim zdaniem zastanawianie sie kim jest jubilat, co moze sprawic mu przyjemnosc a potem niespodzianka to wazna czesc urodzin. ale coraz wiecej dzieci nie lubi niespodzianek. wczoraj malina przyniosla dwa nowe zaproszenia. na jednym zamiast adresu sklepu, gdzie moznaby kupic prezenty widnieje wiadomosc, ze kolezanka zyczy sobie na urodziny kupony (bony?) pieniezne z H&M albo amazon. amen. nie bedzie wiec nawet przyjemnosci rozpakowywania prezentow. no ale czy to moj problem? wrecz przeciwnie. taka oto zrobilam sie tolerancyjna i w ogole niewiele rzeczy mnie zlosci.
w reklamie placi sie za wszystko. ktos uzycza swojej dloni dla prezentacji bizuterii, glosu do poinformowania, ze tylko ta bielizna jest wygodna i piekna, wlosow do prezentacji dzialania najlepszej odzywki na swiecie albo twarzy do wyrazenia zachwytu nad smakiem najbardziej chrupiacych frytek czy innych chipsow. twarz jest najdrozsza. im bardziej prominentna tym drozsza, ale nawet taka normana, codzienna jest droga, wybiera sie ja droga eliminacji czasem sposrod setek roznych twarzy z kilku krajow. za te twarz placi sie za dzien zdjeciowy a potem placi sie za jej uzywanie w internecie, w telewizji, duzo placi sie za uzycie twarzy na plakacie, mniej jesli pokazuje sie twarz w jednym kraju, wiecej jesli w calej europie, bardzo duzo w azji a juz kampanie reklamowe ogolnoswiatowe to calkiem niezle pieniadze. coz za radosc, jak klient wyciagnei gdzies z zakamarkow stara, zakurzona reklame i po latach znow ja pusci odmladzajac jakims nowym napisem, etykietka czy nowym sloganem! do wlasciciela twarzy plyna nowe pieniadze. no bo jak juz uzywac swojej twarzy to przynajmniej z korzyscia!
tak pisze o tym, bo choc zaniedbalam tutaj to miejsce to ciagle gdzies cos tam podczytuje blogowo-internetowo i ze zdziwieniem obserwuje blogi reklamowe. rozmnazaja sie przez paczkowane jakby do zycia potrzebne im bylo tylko troche slonca i tlen. bardzo jestem ciekawa ile pieniedzy zarabiaja takie blogi parentingowe, blogi designerskie w ktorych mamy malutkich dzieci wykorzystuja slodkie buzie swoich dzieci jako powierzchnie reklamowa. nie sadze, ze sa to jakies krocie. a moze? moze jednak, bo przeciez ktora mama uzywa slicznej buzi swojego dziecka jak tablicy ogloszeniowej: czapka z firmy fikimiki 40 zl, smoczek smoczkowy 6 zl, a tu nozki w butkach siedmiomilowych za 80 zl… ostatnio widzialam piekne rodzinne zdjecia, intymnie cieple, mama w wersji pizamowej, dziecko przytulone do piersi, wszystko na sprzedaz, nawet mamine, rozkoszne calusy. reklama pizamy? pocieli? czegolnie wygodnych lozek? aaa nie, tym razem chodzi o wisiorek na maminej szyi. to jest reklama wisiorka.
kto mnie zna i pamieta moje wpisy o dzieciach w reklamie, ten wie co mysle. i mysle tak nadal. i o dzieciach, ktore wystawiane sa do zdjec na grube pieniadze i o tych, ktore w zamian dostaja wozek za darmo albo bujanego konika. albo komplet smoczkow.
jutro skoro swit lece do hamburga. malina widzi, ze mam jeszcze straszny stres, wiec zaraz po kolacji zbiera sie do mycia, zeby, lozko… nagle o 21 wola czy nie moglabym jej zrobic termoforu. jestem z lekka wkurzona, bo kurcze widzi, ze nie mam czasu, ale nic nie mowie, robie termoforek, otulam ja jeszcze raz i mysle, ze przeciez nie bedzie mnie do piatku, wiec niech mnie sobie powykorzystuje.
23, nie mam juz sily i ide sobie nalac goracej wody zeby sie rozgrzac na dobranoc, marzne jak zwykle a w dodatku jestem dzis slomiana wdowa. ide na gore a drzwiach sypialni wisi piekna kartka: „witaj ksiezniczko”. wchodze do pokoju i mysle, ze moze malina poszla spac w naszym lozku? ale nie. na lozku lezy ozdobna wiadomosc: „prosze ostroznie wchodzic pod koldre, bo tam lezy termofor zeby ogrzac lozko dla ksiezniczki”. na poduszce wiadomosc zdobiona rozyczkami, ze koszula ksiezniczki juz sie grzeje na kaloryferach w lazience. na nocnym stoliku leza szklane zielone kulki i kartka: „mamusiu, mialas dzis tak stresujacy dzien. wyspij sie, to jutro bedzie lepiej”
malo jej nie poszlam obudzic i wysciskac ze wruszenia. ide do wanny. dobranoc.
z wrazenia opadla mi szczeka. kolega meza od miesiecy chodzi jakis smutny i podlamany. i maz myslal, ze zawodowo moze cos nie tak? albo cos ze zdrowiem? facet jest przystojny w taki rasowy sposob: duzy, silny, wlosy i zeby piekne, dlonie moce i zadbane – no wszystko ma na miejscu i w filmie bylby typem przystojniaka, ktory ratuje rodzine z plonacego domu. te „piekne” geny oddal tez swoim synkom: dwoch chlopcow jak ze reklamy pasty do zebow.
i zona. troche brzydka, no w klasyczny sposob brzydka, ale bardzo sympatyczna. i tak sobie myslalam, ze ona niepotrzebnie tak sie stresuje ze swoim wygladem, dwa lata nosila aparat zeby wyprostowac zeby, zawsze perfekcyjne ciuchy, czy na luzie czy elegancko, fitness, jakis poprawki natury, nienaganny makijaz, nieganne paznokcie. maz ewidentnie kocha ja taka jaka jest i w ogole go inne babki nie obchodza, wiec tak sobie myslalam zawsze, ze moglaby sobie odpuscic czasami, ale moze tak chce sama dla siebie? to sie oczywiscie tez chwali!
a tu wlasnie wyszlo szydlo z worka. nienaganna mama slicznych chlopczykow miala od kilku lat regularne romanse i w koncu znalazla optymalnego partnera, ktory podobno jest: jeszcze bogatszy, jeszcze przystojniejszy i wcale nie ma ambicji zastepowac chlopcom ojca, wiec dzieci niech zostana z tatusiem a mama przygotowuje dla nich piekny pokoj w nowej pieknej willi, gdzie moga ja odwiedzac co drugi tydzien.
powtarzam: szczeka mi opadla, ale z drugiej strony swiat pelen jest takich ojcow i nikogo to nie dziwi, prawda?
dopiero co krysia napisala dzis: oby smutnych wiadomosci mniej… zona mojego kolegi rzucila sie pod pociag. osierocila trzy corki. co zrobic z taka wiadomoscia?
kto mnie odwiedzil ten wie: nie lubie ozdobek. na caly dom mam: blaszanego kurczaka w spadajacej koronie, drewnianego pegaza na zlotych koleczkach, zielony, szklany nocniczek sluzacy jako swiecznik a na czas adwentu i bozego narodzenia na zyrandolu nad stolem zawisa metalowy aniol z trabka. zlotawy jest ten aniol, wisi na zlotej nici i maz robi sobie z niego dowcipy caly grudzien az do trzech kroli, kiedy aniol (maly jest, ma jakies 8 cm) razem w choinkowymi odobami, wedruje na strych. aniol oraz 6 bordowych bombek sa z nami od pierwszych wspolnych swiat, czyli od 20 lat, czyli od czasow, kiedy aniol za 5 marek i te bomki byly dla nas prawdziwym wydatkiem, luksusem. dzis moglabym kupic torbe takich aniolow, ale nie kupuje, bo mam jakas alergie na ozdoby i nic nie da sie z tym zrobic. w malinowym pokoju stoi kilka bzdur, ale coz. jej pokoj, jej krolestwo. staram sie tego nie komentowac tylko kaze odkurzac. wszystko to nie zmienia faktu, ze jestem zupelnie zwariowana na punkcie sklepow z ozdobami. cos w tym jest tak uspokajajacego, ale zupelnie nie wiem co. moje kolezanki w biurze jak sie porzadnie wkurza to ida zaparzyc kawe lub zadymic papierosa. ja otwieram strone tchibo, depot czy innego mirabeau i zaraz sie uspokajam. girlandy, sute zalony, szklane szyszki, porcelanowe wiewiorki, swieczniki, poduchy, miekkie narzuty, obrusy, haftowane reczniki czy jakies piekne kubki, cynowe cukiernice albo zgrabne etazerki. od razu robi mi sie milo i wesolo. ciekawe co to jest? mam nadzieje, ze to nie jakas choroba!