swieta sie skonczyly.

swiateczne wakacje rozpoczely sie awantura z mama i jej wyjazdem i moja tradycyjna juz panika, ze swieta beda za krotkie zeby sie zrelaksowac, odprezyc, odpoczac i pozyc w spokoju. spontanicznie zmienilismy wigilijne menu z tradycyjnego polskiego na nasze ulubione. kupilismy najpiekniejsza choinke jaka w zyciu widzialam: perfekcyjne proporcje, zapach i do dzis ani jedna igielka jej nie spadla, normalnie jak sztuczna. malina wcisnela sie w swoja komunijna sukienke i jako aniol z doprawionymi skrzydlami rozdawala nam prezenty spod choinki. sama znalazla kilka naprawde prezentowych cudow, ale absolutnym hitem okazala sie kula dyskotekowa i do tego przenosny mini reflektorek. najwieksze pomieszczenie w piwnicy ogruzowalismy, zawiesilismy kule i reflektor i maz w niecale 5 godzin zlozyl turniejowych pilkarzykow, ktore byly prezentem dla maliny, ale okazaly sie prezentem rodzinnym. piwnica dostala drugie zycie. a jakie fajne! malina zaskoczyla nas i wzruszyla bardzo trafionymi i kreatywnymi prezentami.

dwa dni przed sylwestrem odmowilismy wizyte u znajomych i bezczelnie zadzwonilismy do ulubionego hotelu czy by nas nie przygarneli na bal. niestety nie, ale moze chcielibysmy przyjechac w lutym? no ale hmmm czy w lutym bedzie sylwestrowy bal? nie? to dziekujemy, strzelimy sobie jakimis rakietami w ogrodzie i tez bedzie milo. dwie godziny pozniej telefon. moze jednak chcemy przyjechac, bo wlasnie zostala odwolana rezerwacja na jeden z najladniejszych pokoi? chcemy. pakujemy sie w godzine i jedziemy na trzy dni. sauna, spacery w sniegu po pachy, kulig z pochodniami i grzancem i bal sylwestrowy na klasycznie, elegancko i blyszczaco ze stolikiem z widokiem na gory a kolo kominka. pieknie. pan gwiazdkowy kucharz przygotowal kolacje z 6 daniami, ktory malina dzielnie przetrwala mimo takich glupot jak lody z wedzonej kaczki, letni mus selerowy czy praliny z sandacza. trzymala sie mysli o czesci deserowej. w hotelowym foyer od 23 otworzono „slodkie stacje” – samochod z lodami, fontanne czekoladowa, blekitna wate cukrowa, sklepik caly z lodu z pralinowymi lizakami – no bajka. malina znalazla sobie kolezanke i tak biegaly od stacji do stacji. najpierw sie pytala co moze a czego nie, ale powiedzialam, zeby nie pytala, bo jest sylwester i wszystko wolno i skoro dala sobie tak rade z dziwnymi smakami to teraz niech sobie szaleje z czekolada. o polnocy straz pozarna zorganizowala piekna iluminacje ogrodu i pokaz fajerwerkow.

saczac szampana pytam moje dziecko:

 – no? fajnie?

 – mhmmm… – dziecko ledwie sapie. blada jak sciana.

 – malina chcesz do lozka?

 – mhmmm…

i tak pol godziny po polnocy malinowy kopciuszek lezal w lozku w pizamie a my wrocilismy na dol tanczyc. tanczmy, tanczymy a tu prosze: malina w pelnym rynsztunku: znow sukienka z cekinow, rekawiczki po lokcie i srebrne butki.

 – a co ty tu robisz?!

 – zrobilo mi sie szkoda, ze wszyscy tancza a ja spie! – i zaraz maline porwala do tanca kolezanka.

w lozkach wyladowalismy kolo 3 w nocy. kolo 4 obudzily mnie dziwne odglosy. wstalam. w przestronnej lazience malina dzielnie walczyla z 6 daniowym menu i wielodaniowym deserem.  (-malina, czemu mnie nie obudzilas, zebym ci pomogla?, – balam sie, ze bedziesz zla!) nowy rok przywitala zielono-lylowa a na noworoczny brunch dostala czarna herbate i precelka.

po powrocie do domu zajelismy sie prawdziwym wypoczywaniem: szachy, kosci, scrabble, pilkarzyki, sanki i dzierganie na drutach.

wczoraj malina skonczyla 12 lat. byl tort wielki jak kolo mlynskie, prezenty, uroczysta kolacja a pod koniec miesiaca bedzie przyjecie na basenie i nauka plywania jako… hmmm syrenka. w ten sposob spelniamy – aczkolwiek oboje uwazamy, ze to okropna glupota i kicz! – najwieksze marzenie maliny:

https://www.youtube.com/watch?v=woPjrr6ij10

myslalam, ze to jakas utopia i malinowy wymysl. a tu okazalo sie, ze w niemczech istnieje kilka zwiazkow syrenek! syrenki sie spotykaja i wspolnie plywaja. wszystko serio! no wiec hmmm… poniewaz zdezertowalismy z media markt, gdzie mielismy kupic malinie wii, postanowilismy umozliwic jej ten syrenkowy absurd. malina oszalala ze szczescia a zaproszone przyjaciolki juz nie moga sie doczekac na te wodna przygode. okazalo sie, ze wszystkie sa fankami serii h2o – lekko glupawego serialu o syrenkach: https://www.youtube.com/watch?v=wqHED34TcwU

 

od dzis niestety wszystko to juz historia. malina ciemna noca powedrowala dzis do szkoly, maz pojechal na jakies spotkanie a ja probuje zabrac sie za wszystkie maile, ktore czekaja na moja odpowiedz. ciesze sie, ze ten tydzien zaczyna sie sroda i bedzie krotki. jednak wakacje to absolutnie najlepsza czesc naszego zycia. dzis w nocy prawie wcale nie spalam ze smutku, ze juz sie koncza.

 

 

 

dosiego!

zycze wam! i szczesliwego, zdrowego, naszpikowanego sukcesami, spelnionymi marzeniami, usmiechami i smiechem, pelnego dobrych dni, pieknych weekendow, wesolych wakacji roku 2015!!!

 

wciaz jestem w modusie wakacyjnym. we wtorek jeszcze urlop, bo i trzech kroli i malinowe urodziny a potem niestety koniec i kropka i do pracy rodacy. jak tylko skoncze wypoczywac, o zaraz odpisze na wszystkie komentarze i moze uda mi sie jakos ogarnac te swieta i sylwester w kilku zdaniach.

przesylam wam calusow moc!

 

l.

swieta milosci

 

jak zawsze moja mama wraca do domu wczesniej niz bylo w planach. tym razem jednak juz przed wigilia. jutro. malina cala we lzach. a ja jestem tak zmeczona, ze nawet nie mam sily sie zloscic. uslyszalam te sama litanie jak kiedy mialam 10 lat, jak mialam 15 lat, potem 18, 25, 35, 40, 45, ze jestem wstretna, niewdzieczna, podla, ze sie juz nigdy nie zobaczymy, ze mnie nienawidzi.

i moze to jest wlasnie ta prawda ktorej cale zycie do siebie nie dopuszczam? moze wlasnie tak jest?

 

 

malina popisowa.

 

wczoraj wpadla do mnie na kawe mama jednej z sasiadeczek. malina juz drugi rok chodzi do gimnazjum do ktorego chodzi, a mama sasiadeczki do dzis jakos nie moze sie z tym pogodzic. to ona nam wlasnie te szkole polecila (za co bede jej dozgonnie wdzieczna), ale sama wyslala dzieci do gimnazjum, do ktorego poszla cala nasza wioska i teraz ciagle wypytuje jak tam jest u maliny i stara sie przekonac sama siebie, ze to ich gimnazjum jest lepsze. i ja wiem o tym a mimo to daje sie niezmiennie wciagac w typowa rozmowe-przechwalanke.

wczoraj postanowilam twardo, ze tym razem nie. pijemy soczek czeresniowy i dyskutujemy o urodzie nowych domow stawianych na skraju naszej wioski… a tu na dol schodzi malina, wskakuje na kuchenny blat i przyjmuje pozycje „hej! jestem tu i tez chetnie z wami porozmawiam” i mowi:

 – wlasnie skonczylam prace domowa!

o! znajoma az podskoczyla na krzesle:

 – musisz odrabiac prace domowa w domu? a mama mowi, ze wszystko robisz w szkole i w domu juz nic nie musisz?!

 – no normlnie nic, ale dzis tata mnie wczesniej zabral, bo bylam u dentysty.

 – aha… no tak. – znajoma lekko rozczarowana. a do drzwi puka jej syn, ktory wlasnie skonczyl lekcje gry na gitarze u sasiadow.

malina, ktorej marzy sie gitara:

 – zagralbys cos, co?

znajoma kreci glowa:

– nie, nie… bez nut to co on mialby zagrac! ale ty cos zagraj! grasz w sumie na pianinie jeszcze? rok temu zrezygnowalas chyba?

malina zeskakuje z blatu i siada do klawiatury:

 – teraz gram u nas w szkole…

i zabiera sie za nowy kawalek a ja (nie lubie porywnywan, popisow itp, tak?) mysle, ze kurcze mogla wybrac jakis starszy numer, co ma w palcach od tygodni, to by zrobila wrazenie!!! ale malina, ktora widownia spreza i mobilizuje, lekko kiwa sie dodajac swojemu graniu ekspresji prawdziwie przezywajacego pianisty i… nie myli sie nawet w jednej nutce. sama jestem w szoku a malina juz wskakuje na swoj kuchenny blat i macha nogami.

a ja sobie mysle: niezly z ciebie numerek.

 

 

 

malinowy komplement.

 

plotkujemy troche z mezem przy kolacji o roznych rodzicach z malinowej klasy. no obgaduje wlasnie mame l., ze zawsze taka zadbana, ze zawsze ma jakas ciekawa bizuterie i mimo, ze daje sobie rade z trojgiem dzieci to zawsze w dobrym humorze! a malina dodaje:

 – tak. ona zawsze sie usmiecha. i widac, ze jest ze wsi!

 

o moj biedny swiezy obrus. do prania.

 

malina i klawiatura.

 

pianino mialo byc juz dwa razy sprzedane. raz bo malina nie cwiczyla, drugi, bo pozwolilismy jej na „kreatywna” pause i jakos jej sie nie spieszylo te przerwe przerwac. kiedys pisalam tu, ze jak juz decyzja zostala podjeta: malina pianistka nie bedzie, malina odszukala w szkole nauczycielke gry na pianinie i sama umowila sie na probna lekcje. i odtad skonczyly sie moje nudne pytania: cwiczylas dzis? gralas? malina codziennie gra, cwiczy gamy, tercje jakies palcowki. nadala nie sadze by pisana jej byla kariera muzyka, ale widze, ze czerpie z tych cwiczen przyjemnosc. kiedys trudniejsze takty ja zniechecaly, denerwowaly a teraz sa jakby lamiglowka, ktorej rozwiazanie przynosi satysfakcje. wczoraj cwiczyla kawalek zatytulowany „fale” – pozwolilam sobie na uwage, ze pedal dla pianisty jest jak wielokropek u grafomana i malina przecwiczyla fale bezpedalowo, naprawde pieknie. tajemnica nowej nauczycielki tkwi w tym, ze jest skupiona, punktualna, bardzo mila i ciagle chwali swoich malych pianistow. wszystkie zadane utwory ma skopiowane w teczce i na rozpacz maliny:

 – zapomnialam nut!!!!

odpowiada:

 – no to co? przeciez wszystko tu mamy. – odpowiada i prowadzi lekcje jakby nigdy nic. wdzieczna malina – ktora pamieta jak poprzednia nauczycielka na nia burczala – zapisala sobie w kalendarzu do konca roku: „zapakowac nuty”.

bardzo lubie nauczycieli, ktorzy wierza w magie pochwaly.

 

 

 

 

 

poczucie szczescia.

 

moj szef, ktory po nieudanym malzenstwie mial sie juz nigdy nie wiazac, oswiadczyl sie wczoraj swojej ukochanej. troche tak o tym wspominal od czasu do czasu i mial w planach jakis romantyczny wypad na weekend w jakies piekne miejsce. pierscionek – mialam ogromna przyjemnosc doradzac – mial juz od 3 tygodni przygotowany. pomysl z romantycznym weekendem jest trudny do zrealizowania w grudniu no i odpadlby element niespodzianki. no wiec ni z gruszki ni z pietruszki poprosil ja o reke wczoraj krotko przed kolacja. bam!

zadzwonil dzis rano, zeby o tym opowiedziec i jego komentarz do opisania szczescia bardzo mi sie spodobal. kiedy jest sie mlodym czlowiekiem, czesto szczescie identyfikuje sie z osiagnieciami i sukcesami. czy materialnie: pierwsze mieszkanie bez pomocy rodzicow, pierwszy samochod, ciekawa praca. czy tez emocjonalnie: dziecko, partner, zdrowie. w naszym wieku, kiedy tyle osiagniec za nami najwieksze szczescie odczuwa w tych momentach, kiedy gleboko i bez watpienia ma sie pewnosc: to co wlasnie robie jest wlasciwe i dobre. to przeswiadczenie daje sie odczuc niemal jak fizyczna przyjemnosc. prawda?

 

(ten wpis mam nadzieje pokazuje, ze wokol mnie jest tez duzo szczecia a nie same smutne historie)

 

swiat

 

weekend spedzilismy w pieknym miejscu. malina miala spac u znajomych. mielismy ja tam podrzucic i jednoczesnie zabrac znajomych na weeknedowa, sluzbowa choinke z noclegiem. jak rok temu. w ostatniej chwili okazalo sie, ze nic z tego, bo ich najmlodsza corka (w wieku maliny) boi sie zostac w domu tylko pod opieka rodzenstwa (dorastajace nastolatki) i rodzice rezygnuja z przyjecia, musza zostac z dziecmi.

wcale im sie nie dziwie.

miesiac temu, wracajac z rodzinnego wypadu na basen slysza wiadomosci w regionalnym radio: dwoje dzieci zamordowanych. jada dalej, nastepne wiadomosci podaja juz wiecej szczegolow, wiek dzieci, plec, miejsce: sasiednia wioska. dziwne, starsza dziewczynka w wieku ich najmlodszej corki. maja jakies dziwne przeczucie, bo w okolicy wszyscy sie znaja, mozliwe, ze chodzi o jakogos kogo znaja. w domu sluchaja wiadomosci jeszcze raz i nagle wiedza: chodzi o przyjaciolke ich corki i jej mlodsza siostre. zamordowala je wlasna matka. i nagle nie wiadomo co robic. jak isc spac? gdzies dzwonic? dzwonic. telefon nie odpowiada. moze to jednak jakis zbieg okolicznosci? nastepnego dnia przyjezdza policja, przesluchuja rodzicow, przesluchuja ich corke. nastepnego dnia ich corka moze zostac w domu, ale koniecznie chce isc do szkoly. nie ma lekcji, dzieci placza, ona je pociesza, glaszcze po wlosach kolezanki, sama pelna spokoju. szkola stara sie pomoc dzieciom jakos sobie poradzic z ta tragedia. w ich dotychczasowym zyciu mama jest od gotowania obiadu, glaskania na dobranoc, od burczenia za zle stopnie, od omawiania listy prezentow od swietego mikolaja, ale nie od… zabijania.

corka naszych znajomych przez tydzien zachowywala sie jakby przeszla do tego wszystkiego do porzadku dziennego, jakby nic strasznego sie nie stalo. dopiero po tygodniu zaczelo do niej wszystko „docierac”: ze dzien wczesniej bawila sie u tej przyjaciolki do poznego wieczoru i dzwonily do domu, zeby mogla u nich nocowac, ale jej mama nie pozwolila. a gdyby pozwolila? a gdyby u nich nocowala a ich mama chciala je zabic dzien wczesniej? a gdyby tego dnia na basen zabrala przyjaciolke, to moze ich mama cos tam by innego robila i nie zabila corek? dopadly ja emocje, refleksje, wspomnienia i zaczely niszczyc jej spokoj, sen, zycie.

swiat tego dziecka stanal na glowie. nie moze spac, nie moze jesc, placze, nie moze znalezc sobie miejsca.

 

wciaz mysle o tym jak trudno bylo mi pogodzic sie z wpuszczeniem „swiata” do naszego zycia jak malina poszla do przedszkola, potem do szkoly a przeciez chodzilo o glupstwa.

 

 

malinowy liscik

 

troche sie z malina poprztykalysmy o higiene. a to jest taki temat, ze zeby nie wiem co to JA mam racje i nie ma negocjowania. malina przemyslala sprawe, postanowila, ze nie ma o co kruszyc kopii, ale jak zeszla na dol porozmawiac to ja telefonowalam dlugo i sluzbowo. malina chcac miec sprawe z glowy zdecydowala zalatwic ja pisemnie:

 

„BARDZO PRZERASZAM I MAM NADZIEJE, ZE ZE PRZYJMIESZ I JUZ NIE BEDZIESZ ZLOSLIWA!!!

KOCHAM CIE BARDZO I NIE CHCE ZEBYS BYLA NA MNIE ZLOSLIWA!!

 

czekam az wyjdzie spod prysznica, zeby sprawdzic czy rozumie znaczenie slowa „zlosliwy”, a moze… uzyla go w pelnie celowo? hahaha!

 

rodzice w malinowej klasie

bylam na spotkaniu klasowym. prywatne w restauracji, z „wiadomego powodu” wyjasnialo zaproszenie mailowe. o kurcze, cos mi umknelo, wiec szybko napisalam maila do znajomej mamy: z jakiego wiadomego powodu? ona natychmiast: lacina! aha? no dobra. spoznilam sie a tam? gniazdo os. okazuje sie, ze:

dzieci maja za malo klasowek/kartkowek

powinny byc bez uprzedzenia przepytywane na kazdej lekcji

inne klasy sa z podrecznikiem znacznie dalej

pan nie ma autorytetu, dzieci gadaja (to wykrzykuja glownie mamy najwiekszyh klasowych krzykaczy)

pan jest za mlody na lacine i powienien pojsc po porade do starszych nauczycieli i sie u nich coach – owac

inne klasy maja znacznie wyzsze srednie z prac klasowych niz nasza klasa

wszyscy mowia, ze nasza klasa jest slaba.

 

na drugim koncu stolu siedzi mama, ktorej corka przeskoczyla ostatnia klase podstawowki i ta mama mowi podniesionym glosem, macha zeszytem corki, wysmiewa jakies metody przy wpowadzaniu ktoregos czasu (ja to nawet nie wiem jaki czas teraz przerabiaja) i wola o pomste do boga, ze nauczyciel po ostatniej klasowce poweidzial do dzieci, ze taka latwa klasowka a tu same zle oceny i ze sa fujarami! malina smiala sie caly wieczor z tych fujar, ale okazuje sie, ze niektore dzieci poczuly sie urazone i upokorzone.

bardzo chcialam cos powiedziec, ale niestety pani nie stawiala przecinkow w swoim przemowieniu-monologu, chyba nie oddychala wcale miedza akapitami, ale jak dochodzi do pomyslu porozmawiania z dyrektorem szkoly, zeby nadzorowal kilka lekcji i sprawdzil jakim strasznym nauczycielem jest nasz lacinnik, nie wytrzymalam i glosniej (podparlam sie dobrze przepona, z wyksztalcenia jestem spiewakiem, no nie?) zaczelam poprostu mowic nie zwazajac, ze pani nie daje sobie przerwac. innego sposobu nie bylo. pani ze zdziwieniem zauwazyla, ze uwaga sluchaczy przesunela sie na drugi koniec stolu i ze zdziwienia… zamilkla.

powiedzialam, ze nie zycze sobie, zeby robic taki najazd na ulubionego nauczyciela dzieci i jesli naprawde chodzi nam o jakies nowe standarty to musimy „wciagnac go w krag” i wlasnie u niego szukac wspolnie rozwiazan zamiast nasylac na dyrektora i rzucac argumentami, ze inne klasy maja lepszych nauczycieli. sasiednia klasa ma podbno najlepsza lacinniczke w szkole i co? dzieci przed klasowka dostaja bolu brzucha, nie przychodza do szkoly. w sumie jest podobnie jak u nas: ci co sie ucza to maja dobre stopnie, ci co nie maja cierpliwosci do powtarzania koniugacji i deklinacji, maja zle oceny. to jest niestety przedmiot do wkuwania.

osobiscie jestem pewna podziwu dla nauczyciela, ktory dal rade zrobic z laciny przedmiot interesujacy. jak dukajacy delikwent pod tablica nie wie jak po lacinie jest „sturm, atak”, pan nauczyciel galopuje przez pokoj z wyimaginowana dzida i dzieci do konca zycia beda pamietac: impetum. ciesze sie, ze dzieci maja taka barwna postac w szkole, ktora – nie oszukujmy sie – zajmuje im cale zycie, jest jakby gettem, campusem. no i sorry, ale jesli klasa jest slaba, to… moze rzeczywiscie jest slaba? NO TO CO? jednoczesnie pododbno jest najbardziej kolezenska i mila, dobrze zorganizowana. mam za soba odwrotne doswiadczenie z podstawowki, gdzie klasa byla genialna, ale nauczyciele jej nie znosili i nawet na wycieczke nikt nie chcial z nimi jechac. 

ciesze sie, ze poszlam na to spotkanie, choc przyznam szczerze, ze juz dawno sie tak nie wkurzylam. serce bilo mi jak dzwon i jak sie zobaczylam w domu w lustrze to oniemialam: bylam czerwona jak przekrojony w poprzek burak! rodzice, ktorzy chca wiecej klasowek i dodatkowe zadania za kare, wiecej przepytywania, wiecej kontroli. dobrze, ze nikt nie wspomnial o linijce, ktora moznaby wprowadzic prawdziwa dyscypline!