malina skoro swit.

 

czesc drogi do szkoly malina jedzie wzdluz jeziora a druga czesc wzdluz alpejskiej panoramy. dzis w nocy spadlo duzo sniegu. zza gor slonce wschodzi jakims pomaranczowo rozowym szalenstwem. sms od maliny „widzialas jak dzis jest pieknie? swiat wyglada jakby to byl dzien swiata!”

 

 

 

malina i zupa.

 

to nie jest ciag dalszy historii o zupie kalafiorowej, chociaz w tle pojawia znajomy, niesmaczny rosol mojego autorstwa.

o co pytaja wasze dzieci, jak wracjaa ze szkoly do domu? jak wam minal dzien? jak sie czujecie? czy macie dobry humor? malina najpierw rozpromienia sie na moj widok (jestem uzalezniona od tej miny. naprawde!), ale nie absolutnie nie interesuje jej moje samopoczucie czy zdrowie. ja interesuje:

 – co dzis jemy?

od mojej odpowiedzi uzalezniona jest atmosfera pierwszej. poszkolnej domowej godziny. kazdego dnia. chce miec fajny matczyno-malinowy albo rodzinny wieczor? musze odpowiedziec: alles essen. to nasza domowa nazwa na wystawienie wszystkiego co mamy w lodowce plus chleb i siedzenie przy stole, jedzenie, gadanie do zmroku. dobry nastroj zapewnia tez odpowiedz: camembert na cieplo, nalesniki, rosolek, kanapki i marchewka, makaron, gnocci albo avocado z kozim serem. zycie moze zdemolowac zupa pomidorowa, ryba a juz losos niszczy nasza sielanke az do poznego wieczora. wystarczy cos z buraczkami, cos z dynia, cukinia albo innym baklazanem a juz malina stoi w drzwiach zrozpaczona, rozczarowana i widac, ze jej zycie na krotko stracilo sens.

wczoraj na malinowe wesole: co dzis jemy? odpowiadam szybko, swiadoma wygranej: rosolek!

 – ooo… nein… – malinowe ramiona opadaja smutno w dol.

 – jak to? przeciez lubisz rosolek? hä? – wpadam w panike czy co? – to nie ten co ja ugotowalam, tylko nowy. tatus ugotowal!!!

 – aaaaaa!!!! – rozpromienia sie malina – no to super!

 

co czuje jako matka? co czuje!

 

 

pieklo na ziemi?

rozne blogowe, dziennikowe wpisy sa gwarancja dlugiej listy komentarzy i podwyzszonych statystyk. pewnie dlatego coraz czesciej pojawiaja sie wpisy o karmieniu piersia, posylaniu niemowlakow do zlobka, usuwaniu ciazy, przekluwaniu niemowlaczkom uszu, o ekologicznych pieluchach czy o szkole dla 5-latkow. zaden ciekawy wpis o ksiazce, gotowaniu czy podrozy nie budzi tylu emocji. taki wpis to absolutny pewniak.

moje ulubione to wpisy mlodych mam, ktore siedza w domu i swiat im sie wali, bo musza – a zupelnie sie z tym nie liczyly zachodzac w ciaze! – zmieniac pieluchy, wstawac w nocy, niemal po kazdym jedzeniu prac caly ekwipunek delikwenta, ktory dopiero uczy sie jesc, czytac nudne dziecinne ksiazeczki. najgorsze sa dzieci chorujace, bo strasznie marudne i upierdliwe, dzieci bardzo zywe, bo moze maja adhd, dzieci, co rano przeszkadzaja w picu kawy, nie chca sie ubrac, maja biegunke, czkawke, ciagle czegos chca! katastrofa. wsrod tych zrozpaczonych mam, moje ulubione to te, ktore nie pracuja, ale malenkie dzieci wysylaja do zlobka a i tak sa bardzo zmeczone.

pod takimi wpisami wybucha natychmiast wulkan komentarzy, a wiekszosc z nich jest entuzjastycznym wolaniem, ze tak! ze w koncu ktos pisze prawde, ze takie wlasnie jest zycie z dzieckiem i rozpoczyna sie licytacja na ilosc dzieci. komentujace zaraz dziela sie na matki jedynakow, ktore maja najgorzej, bo jedynakiem to trzeba sie zajmowac non stop, oraz matki wielodzietne, ktore poprostu przechodza pieklo na ziemii i zywcem pojda do nieba. do tego obrazu zaraz dochodza ojcowie, ktorych nigdy nie ma a jak sa to po przekroczeniu progu natychmiast maja zajac sie karmieniem, kapaniem, usypianiem albo chocby spacerowaniem.

wczoraj czytalam taki tekst a pod nim ponad sto komentarzy, dwa dni pozniej blogierka zrobila wpis w ktorym zacheca do szukania i dokumentowania szczesliwych momentow w ciagu dnia z dzieckiem. pod tym wpisem jest tylko 10 komentarzy.  

nie wtracam sie w te dyskusje, bo malina ma 12 lat i jestesmy na zupelnie innym etapie, zyjemy na swoj sposob, ktory jednym moze sie bardzo podobac, innym nie musi. no i przeczytalam, gdzies, ze bezdzietne oraz matki natolatkow/doroslych dzieci maja sie nie wypowiadac bo nie wiedza jak to jest.

mysle, ze wiekszosc mam chce dla swoich dzieci jak najlepiej i robi co moze, robi co sie da zeby bylo pieknie. tyle, ze dla jednych uspokojenie placzacego dziecka jest misja a dla innych udreka. mysle, ze w dazeniu do szczescia z wlasnym dzieckiem trzeba sie najpierw wziac za siebie.

w gruncie rzeczy wszyscy chca tego samego i maja to samo zadanie, choc zabieraja sie do niego na swoj wlasny sposob: wychowac malego czlowieka na duzego czlowieka.

 

https://www.youtube.com/watch?x-yt-ts=1421914688&x-yt-cl=84503534&v=Me9yrREXOj4

 

 

 

malina dowcipna.

 

pracuje w branzy, ktora caly tydzien siedzi na fb a w piatek kazdemu sie przypomina, ze… ups trzeba szybko zalatwic pare spraw. w piatek popoludniu nadchodza projekty, pytania, pojawiaja sie nie znoszace zwloki sprawy.

u mojego meza wrecz przeciwnie, na ogol wszyscy staraja sie porzadnie przepracowac tydzien, zeby w piatek zalatwic reszte i bez stresu zaczac weekend. dla potwierdzenia tej reguly ostatni piatek byl dla mojego meza zupelnie wyjatkowo stresujacy a poznym popoludniem mial sie zakonczyc bardzo nieprzyjemnym kryzysowym spotkaniem. po spotkaniu maz zaplanowal osobiste odwiezienia klienta na lotnisko, zeby jakos ocieplic stosunki i poprawic napieta atmosfere. w poludnie przygnebiony wspomnial jeszcze, zebym nie wyglupiala sie przez telefon, bo jakby zapomnial wylaczyc glosnika w samochodzie to by bylo glupio. nie zapomne. wieczorem sprzatam po kolacji, malina dzwoni do tatusia, kiedy wroci i czy sie zobacza przed jej spaniem. i slysze:

 – … tak. tak. juz zjadlysmy i zaraz ide spac. … no zupe jadlysmy. wiesz mama przerobila ten rosol co nam nie smakowal na zupe kalafiorowa… byla tak samo okropna jak rosol. … no!!! nie dosc, ze nie smakowala to jeszcze bede pewnie cala noc puszczala baki…

 

glosnik w samochodzie. zapomnialam. kurtyna.

 

malina i test z laciny.

 

malinowy image blogowy jest jaki jest czyli swietny. dziecko zdolne, dobrze sie uczy bez wysilku, gra na pianinie, wlada jezykami i umie sie zachowac. to wszystko… prawda. jednak nawet malina przynosi czasem zeszyty do domu i sie uczy. tak bylo w tym tygodniu przed semestralna praca z laciny. zostalam zatrudniona do przepytywania a ze jest to zajecie szalenie nudne, zgodzilam sie tylko w zamian za jednoczesny masaz plecow. dwa wieczory malina koniugowala i deklinowala, trzeciego dnia napisala test. wraca do domu:

 – dzis pierwszy raz w zyciu poczulam, ze trzeba sie uczyc.

 – o! jak to?

 – tak. jak sie czlowiek nauczy, to ma swiety spokoj.

od razu pomyslalam, ze to jest jakas krytyka pod moim adresem – swiety spokoj?

 – tak. ch. sie nic nie uczyla i jak zobaczyla dzis zadania to sie poplakala i pan musial ja uspokajac, ale i tak nic nie napisala. ja bym czegos takiego nie przezyla. to juz lepiej sie troche pouczyc.

 

bedzie dobrze.

ostatnio do biura wpadla znajoma producentka:

 – kurcze leje jak nie wiem. moge u was posiedziec troche? – zapytala lekko speszona.

 – tak. tak. pewnie. kawy chcesz?

 – pewnie! nie moge isc do domu, bo akurat jest nasza pani od sprzatania…

od razu poczulam bratnia dusze, poszlysmy do kuchni, zrobilam nam kawe i wymienilysmy zyciowe doswiadczenia dotyczace pan, ktore ratuja nas przed kurzem i okruszkami pod stolem. kto mnie zna ten wie: wole miec mieszkanie przykryte koldra kurzu niz znosic jakas obca kobiete biegajaca mi ze szmata po domu. niestety dluzej tak sie nie da zyc, bo jednak czystosc mnie relaksuje. po kilku miesiacach poszukiwan, calkiem przypadkiem dowiedzialam sie ze jest pani, ktora ma wolne terminy i moglaby mnie wspierac w cotygoniowej walce o blysk podlogi. spotkalysmy sie dzis. mialam pokazac jej dom, zeby obliczyla ile czasu jej potrzeba. przyszla bardzo mila pani. ma 35 lat i malutkiego synka. mieszka w sumie niedaleko. zaproponowalam kawe, ale pani powiedziala, ze wystarcza jej gumowe misie, ktore sobie przyniosla. zaczelysmy sobie opowiadac o miejscu w ktorym mieszkamy, o dzieciach, o szczesciu. juz dawno nie spotkalam kogos tak szczesliwego. spedzilysmy razem bardzo mile dwie godziny, na koniec szybko pokazalam jej dom. i teraz normalnie sie ciesze, ze sie poznalysmy… smutno mi dzis okropnie i mysle, ze ta pani to taki znak, ze wszystko bedzie dobrze, ze trzeba zyc, ze trzeba sie wszystkim cieszyc co sie ma, ze trzeba czarowac rzeczywistosc.

maz wyciagnal jedno z lepszych win, wypelnilam malinie pozwolenie na wycieczke, na ktora nie chcialam jej puscic, napiasalam mily mail do kogos, kto bardzo mnie dzis zawodowo wkurzyl. bedzie dobrze. bedzie dobrze. bedzie!

Już wkrótce

 

Już wkrótce wezmę się za siebie, wezmę
się w garść, zrobię porządek w szufladzie,
przemyślę wszystko do końca, zaplombuję zęby,
uzupełnię luki w wykształceniu, zacznę
gimnastykować się co rano, w słowniku
sprawdzę kilka słów, których znaczenie jest dla mnie wciąż niejasne,
więcej spacerów z dziećmi, regularny
tryb życia, odpisywać na listy, pić mleko,
nie rozpraszać się, więcej pracy nad sobą, w ogóle
być sobą, być wreszcie bardziej
sobą,

ale właściwie jak to zrobić, skoro
już,
i to od tak dawna, tak bardzo
nim jestem

Stanisław Barańczak, Wiersze zebrane, Kraków 2006



jak nie moge spac, to rozmyslam, jak dlugie jest moje „wkrotce”.

 

 

malinowa praca domowa

 

najpierw lacina, bo za kilka dni wielki sprawdzian. slownictwo z 44 lekcji, terazniejszosc, przeszlosc w roznych odmianach i przyszlosc I i II. malina deklinuje rzeczowniki na jednym oddechu i przepuszcza czasowniki przez siatke koniugacji jakby cwiczyla rytm flamenco.

na niemiecki: wiersz o wierzbie. ups! 8 zwrotek… malina lezy na dywanie, czyta wiersz trzy razy i gotowe.

referat na historie: bogowie olimpijscy. ich skomplikowane historie malina ma w jednym palcu, zna fakty, angdoty, symbolike, skupia sie wiec raczej na artystycznej stronie plakatu: rysuje postacie bogow olowkiem, wycina, przeciaga pedzelkiem ze srebrnym brokatem i nakleja na zloty papier ustawiajac kazdego na szarej kolumnie. rewelacja.

no to jeszcze matematyka, bo pani zapowiedziala kartkowke z dzielenia i mnozenia ulamkow przez liczby calkowite. malina ma przerobic dwa zadania a tatus ma sprawdzic. tatus sprawdza i malinowe bledy tak go szokuja (wciaz od nowa i niezmiennie), ze nawet nie ma sily sie zezloscic. malina rozumie mechanizm, chetnie liczy, ale na koncu polowy rownian wychodzi jej zly wynik. tatus przedziera sie przez rzadki cyferek:

 – malina, no powiedz jak to jest mozliwe, ze masz 12 lat i piszesz, ze 1×3 rowna sie 4? albo tu: 4:2 jest 1???!!!

 – nie, no nie jest… hmmm nie martw sie nastepnym razem napisze 3. – pociesza tate malina, ktora z kolei jakos nie moze zrozumiec, ze jej tata, ktory normalnie brzydzi sie malostkowowscia czepia sie takich drobiazgow.

 

czy istnieje takie cos jak matematyczna dyslekcja?

 

hula wiatr po polu się niesie…

 

o ludzie jaki halny. glosno i szaro i buro. siedze w domu, pracuje ile sie da, ale co spojrze za okno to mam stracha. widze, ze wszystkie drzewa jakos daja sobie sobie rade, ale dwa z trzech olbrzymich swierkow tak sie szarpia z tym wiatrem, ze nie moge uwierzyc, ze wygraja te walke. jesienia zaprosilam do nas pana ogrodnika, zeby powiedzial czy te drzewa sa w razie wichury niebezpieczne i pan powiedzial, ze nie mam sie czym martwic. uwierzylam. a teraz siedze i mysle, ze jestem latwowierna.