malinowa pluszowa szkola

 

znajoma mama robi ze mna wywiad. nastepne pokolenie konczy nasza wiejska szkolke jak z elementarza. jej corka tez! malina trzyma kciuki zeby wybraly malinowa szkole, bo dziewczyny sie lubia mimo roznicy wieku. niestety nasza szkola klasztorna wydaje sie rzeczonej mamie „pluszowa, staromodna” – nie to co alternatywa, do ktorej ida prawie wszystkie dzieci z naszej wsi. obok tego gimnazjum rozciaga sie olbrzymi koncern farmaceutyczno-kosmetyczny i ksztalci sobie przyszla kadre. szkola ma tzw. biale tablice, mini obserwatorium astronomiczne i wypasione laboratorium chemiczne. rodzice ogladaja te szkole i mdleja z wrazenia. jezu, jaka nowoczesna, no super. biale tablice tak przeslaniaja im ogolna impresje, ze nie zauwazaja, ze szkola… nie ma wlasnej sali gimnastycznej. dzieci musza isc przez kilka ulic na zajecia z wf-u i przez to traca czas na sport.

ciagle wydaje mi sie, ze w 21 wieku rodzice nie daja sobie mydlic oczu sala komputerowa i bialymi tablicami. ale myle sie. jak zwykle zreszta.

 

 

 

 

malinowe zwinne 10 palcow.

 

wlasnie dostalam mail-okolnik od jednej z mam, ze chce zebrac kilkoro dzieci na zajecia z szybkiego pisania na klawiaturze przy pomocy 10 palcow. jej dzieci nie maja cierpliwosci na programm Tipp 10 i taki kurs (5 sobot) bardzo by im sie przydal. jak zawsze wyslalam mail dalej do tatusia malinowego, zeby uslyszec „druga opinie”. tatus odpisal, ze szkoda sobot. tez tak mysle. 

 

 

 

 

 

malinowe trampki.

 

w czasie kiedy slizgalysmy sie po zasniezonych gorach na nartach, malinowy tatus latal po swiecie: indie, meksyk, usa. z indii przywiozl prawdziwe kopciuszkowe pantofle z mieciutkiej skorki wyszywane kolorowymi kamykami. mozna je nosic jako domowe kapcie wiec jest super.

niestety w usa kolega zabral go na conversy. jeszcze ostatniego lata udalo mi sie maline przekonac, ze trampki geoxsa cool. (o przewiewnej, wyprofilowanej wkladce ze skorki nawet nie wspominalam, bo co to za argument taka wkladka, ktrorej i tak nie widac?)

niestety w tym roku ten numer nie przejdzie.

malinie marzy sie conversowa gwiazdka na trampkach i trampki przylecialy. o takie:

i stoja nie tylko kolo jej lozka ale mnie koscia w gardle tez! przez tydzien malina co rano tlumaczyla tacie (jeju, dobrze, ze mnie nie bylo!), ze to juz czas, na dworze goraco, wiosna a nawet prawie lato. wczoraj wpadlam na genialny pomysl! postanowilysmy, ze do 15 marca nie rozmawiamy o trampkach. atmosfera od razu nam sie w domu poprawila. mam nadzieje, ze 15 marca bedzie cieply, wiosenny a nasze zycie rodzinne nie runie w gruzach.

 

przez chwile pomyslalam nawet, ze moze to moja wina? ze malina szaleje, bo latami nie pozwalalam na te buty? na pomoc przyszla mi mama malinowej kolezanki, ktora od lat nosi conversy i twierdzi, ze co wiosne ma taki sam problem, bo corka juz w styczniu jest gotowa na trampki.

dodam, ze ta nasza dzisiejsza „wiosna” wyglada tak:





sfotografowane w samo poludnie! platki sniegu maj wielkosc pileczek ping-pongowych i jest ciemno.

 

 

malinowe ferie zimowe

mamy za soba piekne ferie. wiedzialam, ze nadejdzie taki sezon jak ten wlasnie, kiedy malina przerosnie mnie w jezdzie na nartach. dziecko smiga z kazdego stoku jak chce, w tym roku zaczela jezdzic tylem, co ulatwiaja jej freestyle narty podgiete do gory na obu koncach. ostatnie dwa lata narciarskiej przyjazni z kolega, ktorego ojciec jest instruktorem zaowocowaly nie tylko swietnym stylem, ale tez „socjalna wrazliwoscia” na stoku. malina podjezdza do kazdego narciarza lezacego z nosem w sniegu, pomaga wstac, szuka narty, ktora sie wypiela i odjechala, podtrzymuje kijki a jednemu zaplakanemu maluchowi pomogla szukac taty. okazalo sie, ze tata czekal za rogiem, wcale nie zauwazyl, ze dziecko upadlo i placze i… jeszcze je opieprzyl, ze go nie zawolalo. absolutnie mnie zatkalo jak malina wkurzona zapytala:

 – jak on mial pana wolac jak plakal i sie bal a pana i tak nie bylo?!

i odjechala. przez 9 dni nie mialysmy ani jednego konfliktu, scysji, klotni. no nic a nic! az sie zastanowilam czy by nie zalozyc bloga parentingowego o perfekcyjnych dzieciach.

malina jednak jako 12-letnia panna przestaje byc malym dzieckiem. zaczela jesc jak czlowiek, myc sie w sposob cywilizowany, przestala sie przechwalac (piekna jestem nieslychanie, najpiekniejsze mam ubranie…) i na pytanie jak jej idzie w szkole nie odpowiada, ze jest druga w klasie tylko, ze w szkole jest duzo pracy i ze raz jest fajnie a raz mniej fajnie. przysluchuje sie rozmowom i wyciaga wnioski. bardzo mi imponuje. w gondoli jak wsiadlo dwoch narciarzy z anglii, poczestowala ich gumowymi misiami, bez zastanowienia porozmawiala z nimi o pogodzie, a kiedy skomplementowali jej kolorowe uszy na kasku, pochwalila, ze tez maja bardzo ladne kaski. na sniadanie pije herbatke ziolowa, na kolacje fante a na stoku cole. co wieczor nastawia mi inny sygnal na budzik w telefonie. przez sen gada. kiedy po 9 dniach codziennych nart od rana do zmierzchu, spartanskiego zycia w chacie na stoku, wsiadlysmy do samochodu, wlaczylysmy glosno pink, malinie… poplynely lzy…

 – co sie stalo?

 – nie wiem… jestem taka szczesliwa.

piekne malzenstwo.

 

maz zabral do indii swojego asystenta. strasznie fajny z niego facet. mlody jeszcze. od dwoch lat zonaty, od pol roku tatus. wczoraj chlopcy poszli na swietna kolacje z klientem a potem jeszcze sobie gadali i w pokoju meza rozpracowali na deser whisky.

 – no i co? meskie rozmowy alkoholowe?

 – nie wiem jak sobie wyobrazasz meskie rozmowy – smieje sie maz – ale pewnie nie tak, ze g. placze, co?

 – plakal? g.?

 – no rozkleil sie… pewnie za duzo curry zjedlismy!!!

g. poczul potrzebe opowiedzenia, ze jego mlode malzenstwo nie wytrzmuje proby rodzicielstwa w zasadzie juz od czasu ciazy. jego sliczna zona zanim zostala mama, stala sie PRAWDZIWA matka i tak juz jej zostalo po porodzie. z jednej strony jest fajnie, domowo, ona genialnie gotuje, dom jest przytulny, dziecko rozowe i zadowolone, a jednak przechodza z kryzysu w kryzys. moj maz pewnie to zna po ponad 20 latach malzenstwa, co? a maz na to, ze nie, nie zna, bo jeszcze nigdy nie przechodzil kryzysu malzenskiego no i… jego zona nie umie gotowac.

 – jezu… jak pieknie… – poryczal sie mezowi kolega.

 

malinowa matka poranna.

 

pewnie wszystkie dzieci tak maja. TEN dzien, kiedy ma wydarzyc sie cos dobrego: podroz na wakacje, boze narodzenie, urodziny. poranek, kiedy dziecko otwiera oczy, nie przeciaga sie, nie ziewa, wyskakuje z lozka jakby bylo gumowe, usmiechniete sika, myje zabki, ubiera sie w 5 minut i juz zwarte i gotowe siedzi przy stole. herbata nie jest tego dnia ani za goraca, ani nie ma za malo soku a tosty sa chrupiace dokladnie tak jak powinny byc. dzis malina skoro swit pojechala na narty z cala klasa. zrobilam jej jak zawsze narciarskie warkoczyki, zeby bylo wygodnie w kasku i zupelnie zwariowalam – malina z warkoczykami to jak kakao z bita smietana. podwiozlam ja do autobusu i normalnie az mi sie zoladek scisnal. to moje rozowe dziecko. malina jedna!

 

skrot z zadyszka.

czas ucieka. kraze miedzy domem a hamburgiem. malina miala swoje podwodne urodziny jako syrenka a ja swoje trzy godziny jako podwodna kamerzystka. potem bylo prawdziwie glosne party w piwnicy z prawdziwa kula dyskotekowa, pilkarzykami, czekoladowym fondue. dzien przedtem udekorowalysmy piwnice swiatelkami, rybkami ze zlotego papieru i konikami morskimi. wygladalo genialnie, pokazalabym nawet zdjecia, ale na zdjeciach wyglada jak disco w remizie strazackiej, wiec sobie daruje. niestety ogon syreki do nurkowania… urzekl mnie oraz tate i malina dostanie taki ogon na imieniny. to jest absoluie genialne, piekne i nie mam ani jednego argumentu na „nie”.

w hamburgu spotkala mnie wesola przygoda realnie/internetowa. jedna dziennikowiczka, ktora czasem bywa w hamburgu byla akurat w tym samym czasie co ja. caly dzien probowalysmy sie umowic, ale nie dalo sie zgrac terminow. wieczorem bylam umowiona z klientka, ona tez, wiec postanowilysmy spotkac sie jakims nastepnym razem. na kolacje z klientka spoznilam sie okrutnie. wchodze do restauracji a tam… przy stoliku moja samotna klientka, a przy stoliku obok? dziennikowiczka ze swoim klientem tez na sluzbowej kolacji. jaki jest swiat? malutki!

lada moment jedziemy na narty. malina ma nowiutkie, sliczne nartki i wesole uszki na kask. zabieram robotke na drutach, ksiazke i cala mase przemyslen, co dalej z moim zyciem. 15 lat cieszylabym sie z tego co sie wokol mnie zawodowo dzieje jak wariatka, teraz watpie i waham sie. szkoda mi kazdej chwili spedzonej poza domem.

malina w piatek dostanie swiadectwo polroczne. w ostatniej chwili zawalila… lacine. wleciala jej taka slaba ocena, ze po raz pierwszy bedzie miala na swiadectwie troje. mimo tylu jedynek. nic nie mowie, bo widze, ze szlag ja trafia. reszta ocen super.

moglybysmy byc teraz w indiach. od dwoch miesiecy rozwazalismy te podroz. i zdecydowalismy, ze nie. dostalismy zaproszenie na 4 dniowy slub. dla maliny – znawczyni indii – byloby to przezycie na cale zycie. najpierw cieszylismy sie jak nie wiem co a potem zdecydowanie zrezygnowalismy. maz wezmie udzial w ceremonii, bo i tak jest tam teraz sluzbowo.

moglabym pisac i pisac. zyjemy w zwariowanym kalejdoskopie. nie mam czasu ani sily. i dobrze jest i zle jednoczesnie i tylko trzeba wierzyc, ze dobre przewazy.

 

 

i tak i nie.

 

poszlam i zamachnelam sie siekiera na slonce. liczylam na jakis promyk, na kawalek zlotka. a tu zwalila sie na mnie lawina czegos co wyglada na zloto, ale nie wszystko zlote co sie swieci, prawda? troche mnie przygniotlo. i ciesze sie i martwie, chce i nie chce i nie spie i nic nie jem i pije kawe albo jem wszystko co zobacze i znow pije kawe. niezdrowo jest ale ekscytujaco. taki stan potrwa do konca marca. tyle mam czasu na uporzadkowanie emocji, checi i marzen.

 

pstryk!


w tym roku na plazy obserwowalismy niemiecka rodzine, ktora jeszcze sie dobrze nie rozlozyla na piasku a juz wkurzona mama glosno opieprzala i corke i syna. potem nastapila klotnia z mezem. dolatywaly nas wkurzone „dla ciebie wszystko jest smieszne! a zycie nie jest smieszne. zycie jest gowniane!” zanim sie zebrali z plazy, mama zrobila kilka rozesmianych zdjec z mezem, zdjecie cudownego morza i dzieci w wodzie. nie jakies tam byle jakie zdjecia telefoniczne tylko wymierzone wypasionym aparatem. wieczorem bylismy swiadkami jak stala na zakrecie i „kierowala” mezem zeby wyjechal wielkim autem z waskiej uliczki. glosno komentowala nieudaczne manewry malzonka a i synowi z boku tez sie niezle dostalo. jestem pewna, ze na fb znajomi mogli podziwiac cudowne rodzinne wakacje na sardynii. i moznaby zwalic wszystko na jakis zly dzien, ale widywalismy te rodzine jeszcze kilkakrotnie i zawsze bylo podobnie.

naszla mnie wtedy ta reflekcja o wirtualnym wizerunku, ktory ze rzeczywistoscia mija sie tak szybko jak dwa pociagi ekspresowe pedzace w przeciwnych kierunkach. pstryk – tylko krotki moment zblizenia, zdjecie i juz ich nie ma.

 

 



malinowe oceny. (wpis matki, dla ktorej oceny nie sa wazne. hahaha.)

 

dzisiaj jest dzien sms-ow. przychodza jakies dziwaczne od maliny, ale ze telefonuje to nie mam czasu odpowiedziec. w koncu wysylam jej kilka znakow zapytania. okazuje sie, ze te smsy byly nie do mnie tylko do kolezanki, ktora zostala dzis wczesniej zabrana do domu, bo z decydujacej klasowki z matematyki dostala 6 (czyli pale). dziewczynka dostala takiej histerii, ze opiekunka klasy zabrala ja do pokoju nauczycielskiego a potem zwolnila do domu. malina wysylala jej pocieszajace sms-y, ktore omylnie dotarly do mnie, bo malina musi sie z telefonem w czasie zajec kryc. jezu, jakie te dzieci ambitne, albo maja taka presje w domu?

zaraz mi przychodzi do glowy, ze malina nic nie pisze o swojej ocenie, bo pewnie tez niedobra i moze sie tez martwi? moze sie boi powiedziec? moze tez ryczala? pisze wiec: „a ty? co dostalas?”, bo to ostatni tydzien przed ocenami semestralnymi i od dwoch tygodni same klasowy, przepytywanki, referaty… dostaje odpowiedz: „1”, kurcze jedynke dostala i nic nie napisala. gratuluje sms-owo i dodaje, ze jutro pewnie beda oceny z laciny. odpowiedz: „z laciny tez dzis byly oceny. dostalam 1”. ja: „powaznie???? czemu nic nie pisalas???? swietnie!!!!” malina: „zapomnialam”.

 

(chyba jej zrobie grzanki na kolacje, czy co? tatus w portugalii, wiec jest skazana na moja kuchnie)