w poludnie dostalam telefon ze szkoly, ze malina czuje sie zle i czy moglabym po nia przyjechac. myslalam, ze zemdleje. pojechalam. malina blada jak sciana ledwie wsiadla do samochodu, poprosila zeby jechac powoli na zakretach, bo jest jej mdlo ale zanim szkola zniknela nam z horyzontu, malina juz spala. obudzilam ja pod domem, zaprowadzilam do lozka, dalam cieply termofor. w ciagu kilku minut zasnela jak suselek. przenioslam sie z praca na gore, bo normalnie balam sie i nie wiedzialam co sie dzieje. blade dziecko spi jakby prawie nie oddychalo, cichutenko. zaciagnelam zaslony.
o 18 malina obudzila sie rumiana, w sweitnym humorze, zjadla wielka kolacje i odrobila lekcje. cos mi w niej nie pasowalo. jaka wieksza czy co? dla zartu postanowilysmy ja zmierzyc. akurat w weekend przykladalam miarke, wiec wiem. bylo 156, jest 161. czy to mozliwe, zeby czlowiek urosl przez 5 dni piec centymetrow? miarka nie klamie, ale nawet na oko widac. niesamowite. mysle, ze dzisiejsza poludniowa slabosc, to byl wlasnie taki skok.
niesamowite.
edycja:
tatus wrocil jak malina juz spala. smial sie, ze opowiadam bajki. rano zmierzyl maline i szczeka mu opadla.