malinowy skok

 

w poludnie dostalam telefon ze szkoly, ze malina czuje sie zle i czy moglabym po nia przyjechac. myslalam, ze zemdleje. pojechalam. malina blada jak sciana ledwie wsiadla do samochodu, poprosila zeby jechac powoli na zakretach, bo jest jej mdlo ale zanim szkola zniknela nam z horyzontu, malina juz spala. obudzilam ja pod domem, zaprowadzilam do lozka, dalam cieply termofor. w ciagu kilku minut zasnela jak suselek. przenioslam sie z praca na gore, bo normalnie balam sie i nie wiedzialam co sie dzieje. blade dziecko spi jakby prawie nie oddychalo, cichutenko. zaciagnelam zaslony.

o 18 malina obudzila sie rumiana, w sweitnym humorze, zjadla wielka kolacje i odrobila lekcje. cos mi w niej nie pasowalo. jaka wieksza czy co? dla zartu postanowilysmy ja zmierzyc. akurat w weekend przykladalam miarke, wiec wiem. bylo 156, jest 161. czy to mozliwe, zeby czlowiek urosl przez 5 dni piec centymetrow? miarka nie klamie, ale nawet na oko widac. niesamowite. mysle, ze dzisiejsza poludniowa slabosc, to byl wlasnie taki skok.

niesamowite.

 

 

edycja:

tatus wrocil jak malina juz spala. smial sie, ze opowiadam bajki. rano zmierzyl maline i szczeka mu opadla.

 

 

 

 

malinowe zyciowe odkrycia

 

malina wraca ze szkoly wyraznie nie w humorze. albo zmartwiona? moze tylko zmeczona? robie wywiad: dostala pale, nie zostala zaproszona na jakies urodziny, poklocila sie z l., zgubila cos, pan dyrektor ja opieprzyl, but jej wpadl do wody. nic z tych rzeczy.

malina w drodze powrotnej siedziala obok kolezanki o dwie klasy starszej. kolezanka ma klopoty, bo wychowawczyni dopatrzyla sie ciec na ramieniu. razem z pania psycholog dowiedzialy sie, ze dziewczynka tnie sobie tez lydki. w domu nikt tego nie zauwazyl, ale teraz rodzice wiedza, spotykaja sie z pania psycholog i… jeszcze bardziej sie kloca. klocili sie juz od dawna, ale teraz do roznych win doszla wina za samookaleczanie sie corki. takiej perfekcyjnej corki, co na kazdym szkolnym koncercie oszalamia nie tylko gra na violonczelli ale i na fortepianie i ma swietne stopnie. w domu dziewczynka ma teraz codziennie afere i nawet brat jest przeciwko niej, bo przy okazji wyszlo na jaw, ze pali.

malina nie moze sie nadziwic: jak mozna sobie wlasnorecznie ciac skore? mozna – odpowiada kolezanka – jak czujesz napiecie i stres, to to przynosi ulge.

podobno w klasie jest kilka dziewczynek, ktore tna sie regularnie.

 

21 wiek.

 

cuda niewidy, rzeczy o ktorych nawet nie marzylam bedac dzieckiem, magia telefonu, ktorego powierzchnie wystarczy musnac palcem a juz dzwoni, pokazuje zdjecia, filmy, czas, przypomina ze jutro mam spotkanie kwadrans po 10-tej. skype. szybki samochod, ktory sam wie dokad jade. na codzien zyjemy w przeswiadczeniu, ze cywilizacja dala nam nieskonczona wladze i swobode. jestesmy nowoczesni, dzieki antybiotykom chorujemy nie dluzej niz 3 dni. dzieki samolotom mozemy sie spotkac z kims na drugim koncu europy a wieczorem znow siedziec przy wlasnym stole. drukarki 3d, kino 3d, liczydelko krokow… wszystko jest mozliwe.

az przychodzi choroba. nie, nie taki glupi wirus, ktory rzucil mna o lozko miesiac temu tak, ze w nocy przyjechalo pogotowie a lekarz dal mi zwolnienie na dwa tygodnie. dwa tygodnie? ostatni tak dlugo to lezalam z zapaleniem pluc 10 lat temu. i nic. zaden antybiotyk, zadne lekarstwo – lez w lozku i juz.

nie. nie. nie chodzi mi o tego wirusa. chodzi mi o siostre mojego meza. 11 dni temu martwila sie kotem sasiadow, ktory wyspal sie w jej swiezo posadznych kwiatkach. 10 dni temu zmartwila sie guzem w piersi. 8 dni temu bala sie biopsji, ze pewnie boli. 5 dni miala na szukanie odpowiedniej kliniki. a moze tydzien pozniej? moze za miesiac? zeby sie doinformowac? poszukac zaufanego lekarza? nie, nie. teraz. natychmiast. dzis od pol godziny lezy na stole operacyjnym. i nic, zaden magicznny app, zadne muskanie szklanego ekranu, zadna nowoczesna technologia jej nie pomoze. jak 100 lat temu sprawne rece lekarza wytna jej chory kawalek ciala, zaszyja. 21 wiek. niemoc.

 

malina strapiona.

 

siostra mojego meza ma jutro powazna operacje. jest smutno i zle. wchodze dzis wieczorem do maliny na dobranoc i… spotykam ja niemal w drzwiach.

 – co ty tu tak stoisz?

 – no a gdzie mam stac jak sie chce pomodlic za b.?

 – nie rozumiem…

 – juz dawno chcialam ci powiedziec, ze potrzebuje krzyzyk nad lozko a nie nad drzwi.

 

 

 

spotkanie po latach

 

– booooze, ile to juz lat minelo…

 – no 12 musi byc. jak sie ostatnio widzialysmy to pilysmy sok pomaranczowy, bo bylysmy w ciazy.

 – 12 lat? tak! chociaz u mnie to nie takie pewne, bo bylam trzy razy w ciazy! mam troje dzieci. a ty?

 – jedno.

 – o… no ja nie bylam taka madra…

 

 

 

lubicie swoje dzieci?

 

swiat dzieli sie na mamy niepracujace i mamy ktore dzieci wysylaja do zlobka, na te ktore silami natury wypchnely dziecko na swiat i te ktore daly sobie pokroic brzuch, na te co karmia piersia i te co butelka i tak dalej i tak dalej… ale tez jak sie wyjdzie ze swiata pieluch i najlepszych metod wychowawczych, swiat nadal pozostaje spolaryzowany. niedawno natknelam sie na artykul o wadach i zaletach kupna wlasnego domu/mieszkania w stosunku do wynajmu. w niemczech wynajmowanie mieszkania jest rownie popularne jak kredyt na wlasne cztery katy. artykul nie odkrywal swiata na nowo a przytoczyl tylko znane wszystkim argumenty za i przeciw. natomiast bardzo zaciekawila mnie dyskusja pod tym artykulem i kwestia spadku. wiele osob odnioslo sie do faktu, ze splacanie kredytu za dom to inwestycja w przyszlosc dzieci a nie w swoje wlasne zycie, ze dzieci potem wywala rodzicow do domu starcow, zeby szybko przejac dom, ze dzieci niech sobie same kupia dom i placa kredyt a nie dostana dom gotowy, ot tak bez zadnego wysilku. i tak sobie pomyslalam, ze sa ludzie, ktorzy rodza dzieci a potem… ich zwyczajnie nie lubia.

 

nowe.

 

malina wrocila dzis z tygodniowego pobytu w polsce nad czeska granica. zobaczyla nasze gigantyczne stuletnie drzewa, ktore wczoraj wiatr wyrwal razem z korzeniami i rzucil o nasz dach a trzecim o plot i samochod. myslalam, ze bedzie beczala tak jak wczoraj. posmucila sie troche, po czym zapytala czy moze w koncu posadzimy u nas lipe?

 

zawsze.

 

kiedy jeszcze mieszkalismy w chatce, naszym sasiadem byl emerytowany pilot lufthansy i jego mlodsza zona byla stewardesa. co sobote przyjmowali gosci, on wyciagal gitare i cudownie spiewal po angielsku a zona niezmiennie go podziwiala i podawala gosciom wino i piwo. co i raz gadalismy sobie o moim strachu przed lataniem. klepal mnie swoja olbrzymia dlonia po plecach:

 – zawsze jak wsiadasz do samolotu pomysl, ze prowadzi go ktos, kto chce was wszytkich bezpiecznie dowiezc do domu. sam chce bezpiecznei wrocic do domu. to jest jego jedyny cel.

bardzo czesto patrze przez szybke do kokpitu zeby zobaczyc kto leci, czasem co-pilot osobiscie pozdrawia wsiadajacych. zawsze przypominam sobie slowa mojego sasiada. dzis te slowa stracily swoja moc.

 

jestem gotowa.

 

odkad mieszkam w niemczech, wiem, ze sandalki trzeba kupowac dziecku na boze narodzenie a zimowa kurtke w lipcu – wtedy ma sie wszystkiego do wyboru i do koloru. w tamtym roku – jestem jednak naiwna – pojechalam do ulubionego ogrodniczego sklepu w… czwartek przed wielkim piatkiem zeby kupic jakies bazie, bratki, stokrotki i wiszace jajeczka. nic. nie bylo nic. i tak dobrze, ze nikt nie proponowal kupienia zlotego lancucha na choinke. w tym roku zagralam na nosie wszystkim niemieckim (ale podobno w polsce tez teraz tak jest) hausfrauen i tydzien temu przywiozlam do domu dwie wierzby placzace obsypane kotkami, tacke bladolylowych bratkow i tacke ciemnofioletowych bratkow. ha!

malinowa zmiana planow.

 

od zawsze malina chciala mieszkac z nami. mielismy rozbudowac dach. mieszkalaby z mezem na gorze, my na dole i przychodziliby do nas na sniadanie. jeszcze przed zamazpojsciem poszlaby na studia. jakikolwiek to by byl kierunek, musi byc monachium, bo oczywiscie mieszkalaby z nami.

opowiadalam jej, ze bedziemy ja zawozic na wyklady, w czasie wykladow bedziemy z tatusiem spacerowac po ogrodzie angielskim, zjemy lunch gdzies w centrum a potem odbierzemy ja z uniwersytetu i razem wrocimy do domu.

dzis malina oznajmila, ze chcialaby studiowac w hamburgu. o kurcze, no!!! tak nie z tego ni z owego?!

i co teraz?