mimochodem.

 

nie wiem dokladnie kiedy to sie zaczyna. pewnie u kazdego kiedy indziej. u mnie krotko przed 40 poczulam, ze zmarszczki wokol oczu wcale nie sa mimiczne tylko, ze moja twarz nabiera patyny. moj zawsze nienagannie plaski brzuch lekko sie zaokraglil a jadac jakos pod slonce zobaczylam na kierownicy dlonie dojrzalej kobiety. i tak zaczyna sie powolny proces targow z natura. czas zaczyna odciskac swoje znaki. dekolt jeszcze fajny, uda juz nie, krotkie sukienki poszly do piwnicy, „srebrne w glowie nici”, ze tak polece kochanowskim, traktuje kolorem i kupilam pierwszy w zyciu krem na zmarszczki wokol oczu. i tak sie targujemy z natura: o skorke pomaranczowa, o zdrowe kolana, o ladna szyje, o prezna pupe, o lsniace wlosy. wczoraj w lustrze zobaczylam calkiem niespodziewana wygrana walke: prezne ramiona i miesnie-motylki pod ramionami. jeszcze motylkow nie mialam, ale jakos czulam, ze nadchodza. zasluga regularnego sup-owania. znow troszke udalo sie przechytrzyc czas. tak mimochodem.

 

goraco.

tyle spadajacych gwiazd a marzenie jedno. faluje miedzy rozpacza a euforia. widze swiat jak przez powiekszajace szkielko. raz mnie zachwyca raz przeraza.w domu cudnie. w pracy cudnie. malina wiadomosc, ze nie wyjezdzamy nigdzie na wakacje przyjela radosnym: hurrraaa!!! i natychmiast zaczela sie delektowac swoim wakacyjnym zyciem jak w bullerby. a to siedzi w basenie u kolezanki, a to piecze ciasto u innej znajomej, szyje sobie bluzki ze starych jeansow, wisi na hamaku i czyta, ciagle gdzies jest umowiona, wskakuje na rower i juz jej nie ma. wieczorami spotykamy sie na pomoscie. ja zaliczam swoja runde na sup, malina nurkuje. dzis nocowala u kolezanki i spaly na… trampolinie w ogrodzie, przed zasnieciem obserwujac gwiazdy. jutro nocuje na lodce z inna kolezanka. upal niszczy nam ogrod, nawet stare drzewa, ktore ciagna wode z glebi ziemi zaczynaja smutno tracic liscie. co i raz wychodze na dwor i chlone to gorace powietrze. uwielbiam je.

malina zdala do 7 klasy.

 

w przeciwienstwie do polskiej szkoly zakonczenie roku w szkole niemieckiej jest krotkie, bezkwiatkowe, bezczekoladkowe. dzieci spotykaja sie rano, dostaja swiadectwa, zyczenia wesolych wakacji i do widzenia panna genia. jeszcze przed 11:00 dzieci sa wolne! powiedzialam malinie, zeby zaprosila kolezanke to sobie pojda na pizze z okazji rozdania swiadectw i poplywac, bo pogoda jest genialna. no dobra. malina zadzwonila ze szkoly, ze juz obdagaly z kolezanki mama i jest zgoda, radosci i w ogole super i nie moze dlugo gadac, bo zaraz dostanie swiadectwo. zadzwonilam wiec do kierowcy busa, ze malina zabierze dzis ze soba kolezanke do domu. kierowca ze ok. dzwoni jednak zaraz, ze jednak nie wiezmie kolezanki, bo jezdzi tylko z dziecmi ubezpieczonymi na busik. no dobra, pisze wiec malinie sms, ze je odbiore samochodem. ale malina ma wylaczony telefon. zaraz dzwoni szef kierowcy, ze nie ma problemu i ze kolezanka jednak moze jechac. pisze wiec malinie sms, ze z autobusem ok i ze kierowca jest powiadomiony. ale malina ma wylaczony telefon. potem widze, ze malina oddzwania, ale ja sama wisze na telefonie, wiec odbiera tatus. tatus sie bardzo dziwi, bo malina dzwoni, ze super, ze kierowca wie, to ona juz nie musi go powiadamiac i zaraz przyjedzie po nie mamusia kolezanki. o ludzie! jaka mamusia? przeciez malina zaprasza te kolezanke do nas! ale malina ma znow wylaczony telefon. za pare minut busik bedzie odjezdzal a ja nie wiem co w koncu robic, wysylam malinie sms-y. w koncu udaje mi sie do niej dodzwonic. na dziendobry opieprzam ja ile sil w sercu, ze ma wylaczony telefon. po czym opieprzam ja ze nie reaguje na moje sms-y. po czym opieprzam ja, ze co to za zmiany planow, nie wiadomo co zrobic z kierowca i dlaczego ona jedzie DO kolezanki. i w ogole co to za zamieszanie?!

malina w ryk, wiec sie zorientowalam, ze pojechalam po bandzie. no dobrze juz dobrze, zle sie zrozumialysmy, ale jeszcze wszystko udalo sie wyjasnic, niech sie dobrze bawi, odbierzemy ja z tatusiem od kolezanki popoludniu. juz sie zegnam, ale…

 – malina! czekaj no! dostalas swiadectwo?!!

 – tak!

 – i co? dobre?

 – tak. dostalam tez nagrode jako drugi najlepszy uczen w klasie.

poczulam jak wlasnie w ten piatek wygralam konkurs na najglupsza matke na swiecie. gdzies tam stoi moje dziecko, w torbie ma drugie najlepsze swiadctwo w klasie i dyplom dla drugego najlepszego sportowca w szkole i placze, bo matka opieprza je za niewlaczona komorke w szkole, w ktorej wlaczenie komorki jest zabronione.

ferie sie zaczely.

 

 

malinowe szukanie.

 

 

malina ma 10 minut do wyjscia, spieszy sie na zagle. niestety nowe bikini zniknelo – nie ma go nigdzie. no nigdzie!!! a jak ma sie nowe bikini to nie mozna zabrac starego. no pewnie, ze nie! trzeba przeszukac swoj pokoj, lazienke, garaz, piwnice, taras, werande i jeszcze kilka zakatkow. gdzies musi byc. niewatpliwie jest tam gdzie zielony recznik obszyty delfinami. ale ba! recznik tez wyparowal. malina stoi na srodku kuchni, stoi i stoi.

 – malina, co robisz?

 – szukam.

 – stojac w kuchni?

 – szukam w myslach. zastanawiam sie, gdzie to moze byc.

 

 

 

 

tak jak byc powinno.

 

umarl nam sasiad. znalam go tylko z widzenia. staruszek ciagle na rowerze. gadalam dzis z g., moja sasiadka przez plot, i z ta smutna wiadomoscia przybiegla do nas b. boso. nie zeby w pospiechu zapomniala butow. b. nosi buty tylko zima, co rano plywa w jeziorze, ma piekna figure – co piatek wedruje z dwiema kolezankammi po gorach, raz w tygodniu pracuje jako kelnerka w podliskim biergaden. nie zeby musiala zarabiac pieniadze, z ludzmi chce pobyc, plotek posluchac. wszyscy sie tu znaja od pokolen.

i tak sie zasmucilam tym sasiadem a b. sie obruszyla. sama rok temu pochowala tesciowa 101-letnia.

 – kochana, on mial 97 lat. umarl sobie w domu. przeciez to pieknie! das ist doch schön!

okazalo sie, ze 10 lat temu wykryto u niego raka. poddal sie operacji. potem mial przez pol roku dostawac chemie i promieniowanie. nie zgodzil sie na kuracje. lekarze przestrzegali, ze bez chemii daja mu pol roku-rok zycia. z chemia pewnie troche dluzej. wybral krocej, ale z wycieczkami rowerem nad jezioro zamiast w szpitalu. przezyl 10 lat i co rok cieszyl sie z kolejnach urodzin, jakby mu sie udalo wystrychnac lekarzy na dudka.  sasiadki zaczely opowiadac jak 20 lat temu pomagal im dzieciom w pracach domowych. potem dolaczyl do nas inny sasiad i tak od historii do historii przeszli na anegdoty o zmarlym sasiedzie. dzis w noca umarl, jutro pogrzeb a my tu stoimy i sobie o nim gadamy. wesolo.

jak ja bym chciala zeby ktos tak o mnie wesolo pogadal jak mnie juz nie bedzie.

swiety spokoj jest swiety?

 

 

 

 

 

na lunch poszlismy dzis na rybke do mini biergarden w naszej wsi. przychodza tu glownie tubylcy jak do ogrodu u babci. dzieci chlapia sie w wodzie, ktos pije piwo na pomoscie, karta dan jest krociutka i uzalezniona od humoru i szczescia w lowieniu ryb wlasciciela – rybaka z trzeciego pokolenia.

przy stoliku obok nas siada kobieta z synkiem. moglabym ja tu obgadac i opisac, ze sama jadla swieza rybke a dziecku zafundowala tlusta kielbache. no ale raz – jak wszystkim wiadomo, szczegolnie po moim wpisie o polskiej i niemieckiej modzie! – ze nie lubie obgadywac a dwa, ze moze dziecko niejadek? moze boi sie osci? no nie wiadomo, wiec dam spokoj. synek wsunal – bo trudno to nazwac jedzeniem, ale ok maly jest, tak? – kielbache w oszalamiajacym tempie, wyraznie mu sie spieszylo. z ulga wyciagnal instrument wiekszy niz iphone, mniejszy niz ipad i… odplynal a i mamie jakby ulzylo. malutkie raczki, zwinne paluszki zaczely sie pewnie scigac, strzelac, lapac cos albo gonic a mama w spokoju mogla oddac sie kontemplacji wody i smakowaniu obiadu. i wtedy z wody przydreptala do nas kacza mama a za nia sznureczek kaczatek. jeju, jaki widok! kacza rodzina zaczela skubac trawke miedzy stolikami – takze pod krzeslem chlopczyka. nawet moj maz wzruszyl ze zdziwienia ramionami. chlopczyk nie zauwazyl ptaszkow – a mama choc zauwazyla, chyba nie chciala mu przeszkadzac. a moze nie chciala sobie przeszkadzac? nic przeciez swietszego nad swiety spokoj matki, prawda?

takie widoki juz nie dziwia jak kiedys, ale i tak smuca.

w malinowej szkole pan dyrektor wprowadzil akcje porannego witania uczniow u bramy szkoly. najpierw wyslal do dzieci/mlodziezy zartobliwy list (odczytany w kazdej klasie), ze nie moze w spokoju pracowac jak go jakis uczen na korytarzu mija i nie wita, bo nic przyjemniejszego niz pozdrawianie sie wzajemne i wymiana usmiechow. jak go taki uczen mija i nie pozdrawia, to on mysli, ze jest bardzo nielubianym dyrektorem, wiec zeby dzieciom zaoszczedzic klopotu (jak takie zamyslone suna korytarzem pewnie rozwiazujac w glowie skomplikowane zadanie z matematyki albo powtarzajac lacinskie slowka) chce kazdego rano przywitac i sprawa jest zalatwiona na caly dzien.

 

sa dorosli, ktorym nie jest wszystko jedno i dla ktorych „swiety spokoj” nie jest najwazniejszym stanem ducha. dyrektorzy, nauczyciele, rodzice…

 

 

 

 

 

malinowe poslkie i niemieckie zakonczenia.

mamy za soba dwie imprezy o charakterze uroczysto-zakonczeniowym: jedna po polsku i jedna po niemiecku. od lat jest podobnie jesli chodzi chodzi o mode i stylizacje.

impreza polska:

dzieci – elegancko, kolorystycznie stonowane stroje utrzymane w galowym granacie i bieli, mlodsze rodzenstwow falbankach albo koszuli z mini-mucha, odswietne buty – nie wiadomo czy wygodne ale bardzo ladne, dziewczynki w wieku maliny troche bizuterii ale skromnie, duzo pieknych ozdobnych warkoczy albo rozpuszczonych wlosow.

mamy – zadbane wlosy, perfekcyjnie zrobione stopy i dlonie, wyjsciowe kiecki, czesto do kolana lub przed ukazujace nienagannie wypielegnowane zgrabne lydki, dobre makijaze, fatalne torebki

ojcowie – krotkie spodenki lub bermudy a do tego klapki lub sandaly i skarpety, sportowe podkoszulki, w stosunku do zon wygladaja jakby zona szla na koktailowe przyjecie a maz na ryby lub grzyby ale w ostatniej chwili dolaczyl do zony.

 

 

impreza niemiecka:

dzieci – sportowo&wygodnie, krotkie spodenki dla obu plci, wygodne, przewiewne buty watpliwej urody. dziewczynki w wieku maliny maja ostro pomalowane paznokcie u rak i takiez u niedomytych nog. wlosy spiete w praktyczna kitke, sportowe koszulki z kolorowym nadrukiem.

mamy – przewaga siwy odrostow i szybko spiety kok jak „pod prysznic”, drogi zegarek i kolczyki takie co sie je nosi przez okragly rok (drobne a cenne), buty wygodne, spodnie wygodne do tego bluzka lepsza niz na wycieczke ale tez raczej wygodna. stonowane kolory.

ojcowie – zawsze dlugie spodnie, wygodne buty, ale o eleganckiej formie, biala lub blekitna koszula nienagannie wyprasowana, jesli tata wlasnie wraca z pracy to i garnitur, dobrze obciete wlosy, generacje ojcow malinowych znajomych ominela moda na drwala.

 

i oczywiscie we wszystkich tych grupach sa wyjatki, ale generalny rys jest wlasnie taki. nic nie jest ani lepsze ani gorsze. tylko troche inne.

 

polskie swiadectwo juz w domu. tu zaczely sie ferie. na niemieckie jeszcze poczekamy dwa tygodnie.

 

reset. ale tez update.

za wszystko co malina osiaga w szkole moze podziekowac tylko i wylacznie sobie. za dwa tygodnie dostanie swiadectwo. same jedynki i dwojki.

w sobote poszlismy na przedstawienie w naszej wsi. od dwoch lat malina chodzi na zajecia taneczne. w tamtym roku dziewczynki zaprezentowaly dwa uklady taneczne. calkiem fajne, ale nikt nie oszalal. w tym roku mial byc musical. malina przyniosla jakies okropne ciuchy teatralne, ktore przede szybko upralam i wyprasowalam, bo myslalam ze zemdleje. spodziewalismy sie typowego teatrzyku szkolnego – w sobote na przedstawienie przyszla cala wies. w pierwszej chwili maliny nie poznalam: czarne spodnie, bluzka z bialym zabotem, szara kamizelke, wlosy sciagniete w kok na czubku glowy przebity olowkiem jak strzala. malina grala jedna z dwoch glownych rol, surowa dyrektorke szkoly – usobienie zla – a potem – kiedy akcja przeniosla sie ze szkoly do zaczarowego lasu – zla moc, ktora dobre elfy musialy pokonac. kiedy pokonanana malina wila sie po podlodze ryczalam jak bobr. wszyscy rodzice byli zaskoczeni. dziewczynki przygotowaly 1,5 godzinny spektakt z niesamowicie dlugimi tekstami, piekna muzyka i z bardzo dowcipnymi momentami. co ja sie jako matka nazbieralam komplementow! bylo mi troszke glupio, bo ciagle bylam sceptyczna w sprawie tych zajec. a tu takie cos. no!

w piatek poczulam sie cos sie we mnie wypalilo i ze jak jeszcze raz zadzwoni telefon albo bede musiala odpowiedziec na jakis glupi mail to oszaleje. oszaleje jak nic! zadzwonilam do szefa z prosba o tygodniowy urlop. i latwosc z jaka go od reki dostalam (z przykazaniem zebym porzadnie odpoczela i nie odbierala telefonu) zaraz poruszyla we mnie lawine milosci do mojego zawodu i firmy. to jest jednak dobre zycie! malina poszla dzis rano do szkoly a ja z mezem pojechalam do pobliskiego klasztoru na lunch. potem na spacer. potem zawislam na tarasie w hamaku z polska ksiazka. potem maz ugotowal mi kawy o 5 wieczorem. urlop to taki czas kiedy moge zyc wedle swojego zegara biologicznego: siedziec do 4 w nocy i spac do 11 rano. potem przygotowalismy miseczki z „glupotami” do skubania (zamiast obiadu) i gralismy z malina w scrabble. 

no dobra. ide spac.

cyber mobbing.

w tym roku na festiwalu widzialam wiele filmow o cyber mobbing. szczegolnie dotkniete sa tym szkoly. w przecietnej amerykanskiej szkole okolo 70-80% mlodziezy mialo do czynienia z internetowym mobbingiem. podobal mi sie film, w ktorym zebrano cala szkole, w ktorej anonimowa ankieta wykazala 90% doswiadczenia z aktywnym mobbigiem i powiedziano dzieciom wprost: 90% to znaczy WY, prawie wszyscy uprawiacie mobbing. TERAZ, natychmiast jak tu siedzicie wyciagnijcie komorki i tablety z tornistrow. dzieci przerazone – moze beda musialy oddac telefony, albo co? nie. kazdy ma NATYCHMIAST napisac cos milego o swojej klasie, o osobie z ktora ma w szkole malo do czynienia. reakcja byla oszalamiajaca. ale sie zrobilo… milo? fajnie?

dzieci ucza sie dzis na ironii, na grach, na talkshowach, ich idole spiewaja o zabijaniu, o smierci, o gwaltach – gdzie maja doswiadczac uprzejmosci i przyjemnego uczucia z bycia milym i reakcji na bycie milym?

zapytalam maline jak to u nich jest. malina, ze w szkole to nie wie, ale w klasie nic takiego sie nie dzieje.

 – wszystkich lubicie? z nikogo sie nie smiejecie? nikogo nie przezywacie?

 – no nie. tylko c. ciagle mowi, ze jej nie lubimy, ale ona sie myli. lubimy ja, wiec niech sobie gada co chce!

 

postanowilam byc czujna. cudow nie ma.