szarosc poniedzialku

 

jestesmy wakacyjnymi specjalistami. nic nie wychodzi nam w zycu tak dobrze jak odpoczywanie, spedzanie czasu razem w dowolnej konfiguracji. moja pierwsza szara mysl dzis rano, to ta o koncu wakacji. jutro malina wraca do szkoly i do widzenia panna genia. no nie moge sie otrzasnac ze smutku.

to ostatni poniedzialek tych wakacji. pierszy raz w zyciu zostalismy w domu. uwaga – nie polecam, bo moze wejsc w nawyk. bylo swietnie! po raz pierwszy odkad tu mieszkamy mam wrazenie, ze zaczelam mieszkac „wszedzie”, oswoilismy taras, pokochalismy werande, palilismy ognisko w ogrodzie, codziennie plywalam na supie i wplaw, gotowalismy wykwintnie, pilismy smakowicie, spotykalismy nawet znajomych, gadalismy do poznej nocy, spalismy do poludnia. jestem wypoczeta, ale niestety – jak co roku – wakacjami nienasycona i smutna, ze sie koncza.

 

 

mlody, fajny czlowiek.

 

szukam asysta/asystentkii. najpierw szukalismy wsrod znajomych, potem na fb, teraz profesjonalnie dalismy ogloszenie do branzowych magazynow. w ciagu dwoch dni spotkalam sie z kilkoma kandydatami i nagle poczulam, ze jest inaczej niz kiedys. targaja mna matczyne uczucia. przychodzi taki mlody czlowiek – piekny, pozytywny, zdolny, swietne swiadectwa, energia, zapal, nadzieja, marzenia, szczery usmiech – i rozklada przede mna wachlarz: jezyki, znajomosc programow, pierwsze zawodowe doswiadczenia. rozmawiam i widze w kazdym maline. widze maline i mysle: czlowieku, masz takie referencje, taka osobowosc, takie swiadectwa i umiejetnosci, ze idz i poszukaj jakiejs fajnej branzy, jakiejs fajnej pracy. zrob cos sensownego z tym co masz.

wrocilam dzis do domu sfrustrowana. na moj zly humor wplynelo pewnie lotnisko w hamburgu, ktore oszalalo. w zyciu nie widzialam tylu ludzi na raz! no chyba ze to byl koncert u2. dzien przed 11.9, strach przed zamachem bombowym, spowodowal paraliz security. nie wiem jak to bedzie jutro? spedzilam na lotnisku 4 godziny stojac w najdluzszej kolejce mojego zycia. (a myslalam, ze kolejki po poledwice/szynke/mieszanke wedlowska i chalwe z czasow dziecinstwa sa nie do pobicia!)

niemniej jednak chodzo chyba o to, ze kiedys bylam starsza od moich asystentow o 5-8 lat. a teraz o ponad 20! nie mam serca wciagac takie fajne dzieci w te glupia branze. chcialabym kogos fajnego, ale ci ktorych naprawde, intuicyjnie polubilam chyba nie maja szans.

 

jestem przekupna.

 

kto tu co jakis czas zaglada ten wie, ze moja tesciowa i ja nie jestesmy przyjaciolkami. nigdy nie bylysmy i nie bedziemy. mamy lepsze i gorsze lata za soba z ktorych wychodzi statystyczna, politycznie poprawna, uprzejma, letnia relacja tesciowej z synowej. w tym roku tesciowie zaprosili maline na wakacje. spontanicznie przyjelismy zaproszenie, bo malina strasznie sie ucieszyla. zaraz nastepnego dnia nosilam sie z zamiarem odwolania tej imprezy, ale cos mnie ciagle jakos powstrzymywalo i tak „nagle” odwiezlismy maline do nich na poludnie niemiec. spedzila tam tydzien. nastepne 10 dni spedzaja na wyspie föhr.

moj tesc przez telefon poprostu szaleje. widze, ze sie zakochal. tesciowa codziennie gotuje ulubione malinowe smakolyki i oboje przez telefon nie moga sie nachwalic co to za dziecko! jakie wesole, jakie dobrze wychowane, jakie „i do tanca i do rozanca”. a malina telefonicznie i przez sms-y jest bez konca szczesliwa i zachwycona wakacjami.

wczoraj przez chwile pomyslalam, ze moze tesciowa nie jest taka okropna? w koncu poznala sie na dziecku? tak. badzmy szczerzy – wystarczy lubic/kochac maline a ja topie sie jak czekolada w sloncu.

 

 

 

 

malinowy ogonek.

w sobote malina wziela udzial w 8 godzinnej olimpiadzie syrenek. zeby plywala w swoim ulubionym kolorze postanowilismy jej sprawic syreni ogonek, ktory od prawie dwoch lat widnieje na wszelakich urodzinowych, mikolajkowych i innych listach poboznych malinowych zyczen. 4-osobowe jury i fotograf na brzegu i pod woda obserwowalo syrenie zmagania. 20 dziewczynek scigalo sie pod woda, synchronicznie tanczylo, ratowalo tonacego, nurkowalo, ratowalo zolwia zaplatanego w sieci, pozowalo do zdjec na fotogeniczna syrenke oraz szukalo skarbu.

skoro swit malina wskoczyla w swoj kostium bikini, zjadla sniadanie, rozczesala wlosy, umyla zabki i juz. jak dotarlismy na miejsce, okazalo sie, ze kilka syrenek jak malina przyszlo sie pobawic, ale znaczna czesc (znamy to juz dobrze z zeglarskich regat) syrenek ma bardzo ambitne mamy, ktore przygotowaly swoje dzieci na prawdziwa walke. dziewczynki obwieszone perlami, w wodoodpornych makijazach, wodoodpornych tatuazach, z kolorowymi wlosami, w bikini z diamentow. jeju… malina to zobaczyla i stopniala jak lody na sloncu.

– malina, tu chodzi o plywanie a nie o wybory pieknosci!

pocieszylam ja ale tez mnie troche te wszystkie perly i cekiny zbily z tropu. pewnie dlatego kupilam malinie ten ogonek, zeby nie plywala jak zwykle w wypozyczonym, wyswiechtanym.

8 godzin malina zsalala pod woda a w przerwach… nurkowala dla zabawy. nie chciala wyjsc z wody nawet na lunch. na szczescie udalo mi sie ja nakarmic (jak rybke) czekolada, zeby nie stracila energii.

wieczorem odbylo sie uroczyste rozdanie nagrod. na poczatku grupa ktorej malina byla kapitanem i sama malina musiala obejsc sie ze smakiem, ale dziewczyny dzielnie sie usmiechaly i gratulowaly kolezankom zdobytych medali, zlotych srebrnych, brazowych. bylam dumna z tego malinowego usmiechu, ale czulam, ze jak tak dalej pojdzie to peknie i poplyna lzy smutku. az tu nagle dyscyplina za dyscyplina: medale i nagrody dla malinowej grupy! dla maliny – trzy zlote medale. za najlepszy synchron… bardzo wartosciowa nagroda – syreni ogonek a na koniec ogloszenie syrenki syrenek czyli grand prix i „diamentowa” korona i znow syreni ogonek dla… no? no? dla kogo? dla maliny! i tu rzeczywiscie malina pekla i poplynely lzy. ale lzy radosci!

 

 do domu wrocilismy z trzema ogonkami: pink, turkus i lylowy! wieczorem plywalam na sup w towarzystwie rozowej syrenki.

 

 

romanse.

 

tak zupelnie przypadkiem zaplatalam sie w historie zawodowo – milosno – przyjacielska. chcac nie chcac zajmuje sie aktualnie problemami dotyczacymi kochania, przyjazni oraz kariery. stapam po cienkim lodzie, bo chodzi o ludzi z ktorymi wiaza mnie projekty i po raz kolejny widze, ze najlepiej zakochac sie poza branza. najzdrowiej. no ale taka tam „kuchenna dyplomacja” nie jest jakas strasznie trudna, rzucam na prawo i lewo pomyslami, rozwiazaniami w polki „dobre rady sobieslawa zasady” i cioci kloci. oznaki wdziecznosci, ktore ptrzymuje sa przyjemne, sse je sobie jak kolorowe landrynki. jedno mnie jednak zadziwia – mam za soba 21 letnie staz malzenski – co ludzie biora za milosc, czego oczekuja i co dostaja. mlodzi ludzie, ktorzy jeszcze maja prawo do wariactwa, do szalenstwa, do ryzyka.

wieczorami zdaje relacje mezowi. i maz tez kreci glowa. jak sie poznalismy ja od niego nie oczekiwalam niczego a dalam co mialam: wszystko! i on dokladnie tak samo. i wciaz nam sie wydaje, ze tak musi byc.

malinowa syrenka

w wakacyjne soboty malina chodzi na zajecia syrenkowania. trzy godziny ubrana w obcisly ogonek zakonczony olbrzymia pletwa „zbiera korale”, lapie zolwie, kreci podwodne fikolki w przod i w tyl i takie tam rozne inne zabawy typowe dla syrenek. moje podejscie od poczatku bardzo sceptyczne bardzo sie od stycznia, kiedy malina pierwszy raz nurkowala jako syrenka, zmienilo. na poczatku chcialam spelnic jej marzenie, nie patrzac na sens tych zajec. myslalam sobie: uczy sie swietnie, interesuje sie fajnymi tematami, uprawia fajne sporty, wiec to takie tam male dodatkowe, niegrozne wariactwo… zabawa…

dopiero teraz widze, ze przy okazji zabawy malina uczy sie jak nie tracic pod woda glowy, nie wpadac w panike, jak powoli oddychac, jak plynac nie tracac energii. po powrocie do domu opowiada jak ratuje sie delfiny, ktore wpadly w podwodna pulapke i jak szuka sie podwodnych smieci, ktore zanieczyszczaja oceany. ostatnio odbieram syrenke z zajec:

 – zobacz, przeplyne pod woda cala dlugosc basenu!

 – super! – wolam, ale mysle: taaaaaa…

syrenka nurkuje i… wyplywa po drugiej stronie basenu. nie do wiary.

syrenkowa wiedza przydala sie tez na innym polu. w malinowym klubie zeglarskim malina i jej sasiad przesiadaja sie na wieksze zaglowki. wieksze, sportowe i oczywiscie bardziej wywrotkowe. w razie wywrotki lodki nie maja tyle zapasu powietrza co dziecinne optymistki. malina przeprowadza na koledze szybki kurs spokojnego oddychania pod woda w sytuacji stresowej. kolega pod wrazeniem. a ja uspokojona: wszystko jest po cos.

 

jak zozsmieszyc meza z rana.

 

stoje w lazience. wycieram nos. dzwoni telefon. maz podaje mi telefon.

w jednej rece mam zuzyta chusteczke w drugiej komorke. jedna rzecz mam wrzucic do toalety, w drugiej dotknac guziczka.

zle sie skoordynowalam i mimo, ze chusteczka nie ma guziczka, wrzucilam telefon do kibla.

 

 

3.

 

dla mnie moje jedno dziecko jest wielkim wyzwaniem i chociaz czasami jestem z siebie jako matki zadowolona i z nas jako rodzicow tez to jednak glownie czuje, ze moglibysmy byc fajniejsi, cieplejsi, surowsi, moglibysmy dawac wiecej luzu, byc bardziej srodzy, dawac wiecej wolnosci, trzymac maline krocej, wiecej podrozowac, mniej podrozowac… mysle, ze gdybym musiala sie tak zastanawiac nad jeszcze jedna malina to bym zwariowala. a juz trzecie dziecko nie miesci sie w sferze mojej wyobrazni.

wsrod naszych znajomych dzieci podorastaly. nawet to trzecie wlasnie wybiera sie na studia i… ludzie rozstaja sie poprostu z dnia na dzien. tak jakby skonczyl sie wspolny projekt: wychowali troje dzieci a teraz czas na nowe zycie. gdyby to byl jeden tak przypadek… ale nie. kolejny! mysle, ze zycie w 5-osobowej rodzinie jest wyzwaniem i nie kazdy moze temu podolac. ci co podolali, opadaja z sil.

dzis zagadalam do znajomego, ktorego zobaczylam na fb z jakas babka, wiec zazartowalam pytajac czy zmienil stan cywilny. nie gadalismy juz dawno a wiem, ze ma fajna zone, fajne dzieci, fajne zycie. wiem? a co ja tam wiem! pomyslalam, ze na zdjeciu jest jego szwagierka czy siostra i ze sie posmiejemy. ze wspolnego smiania nic nam nie wyszlo. poczekali az ostatnie dziecko (jeju, pamietam jak maly hustal sie na hustawce w drzwiach a pod nim lezal jamnik) zrobi mature i natychmiast sie rozeszli. kazde ma nowego partnera i… nawet nie skladaja sobie zyczen swiatecznych. od dwoch lat. normalnie schemat, ktory poznalismy juz przez kilka znajomych par…

 

malinowy pech

 

przez kilka tygodni malina szukala odpowiedniego longboardu. za moich czasow to sie nazywalo deskorolka, ale wiadomo: zyjemy w 21 wieku i wszystko jest nowe, fajniejsze i w ogole cool. deska musi sie tez nazywac LONGboard, bo ma metr dlugosci.

cale znajome towarzystwo przesiadlo sie z rowerow na deski i tak rano pomykaja do szkoly, do autobusu, do pociagu. malina sie zapalila do sprawy. pomyslalam, ze w sumie dobrze, bo ominie nas zmiana roweru na nowy (malina jako jedyna jezdzi jeszcze na rowerze w lylowe kwiatki) sportowo – nowoczesno – odlotowy. hurra, zaoszczedzimy na sprzecie. juz po sprawdzeniu kilku pierwszych longboardow zrozumialam jak bardzo sie mylilam: deska jest modna, wiec deska kosztuje. liczy sie nie tylko dobre lozysko dla koleczek i ich kolor, ale tez wzor deski pod spodem.

 – pod spodem? – zdziwilam sie – to i tak tego nie widac?…

najwazniejsza jest oczywiscie jazda na desce ale sa tez momenty w ktorych deske trzeba niesc pod pacha i nagle wazne jest tez co jest pod spodem.

no wiec malina zaczela szukac. spodobala jesj sie pewna deska, ktora zamowili z tatusiem przez internet i wyslali mi zdjecie do hamburga. wszczelam natychmiastowy alarm, bo wzorem na spodzie byly trupie czaszki na wesolo.

 – malina, ja nie chce zebys jezdzila z czaszkami, bo to jest zla karma!

maz sie zdziwil gdzie ja te czaszki widze, on widzi tylko zielony wzorek, ale jak sie przypatrzyl… no tak. anulowali zamowienie. potem jeszcze przymierzalismy sie do roznych desek w sklepach sportowych, ale najfajniejsze byly drozsze niz rower. az w koncu – hurra – jest! swietna deska ze swietnym designem: zyrafa w jeansowej kurtce. malina sie zakochala. amazon obiecal, ze deska dojdzie wczoraj, ale doszla dopiero dzis. malina niemal rzucila sie panu kurierowi na szyje. w garaczce rozpakowala deske i… w tym momencie lunal deszcze. ale nie jakis tam kapusniaczek – malina wiejskim dzieckiem jest i woda jej niestraszna – tylko prawdziwa ulewa. deska w rzeczwywistosci duzo fajniejsza niz na zdjeciach.

malina zsunela wszystkie meble w swoim pokoju pod sciany i jezdzi w pokoju… a ja wygladam przez okno. taka tam sroda. tyle, ze deszczowa.