przyjaciele.

 

z urodzinowymi zyczeniami zadzwonil przedwczorej przyjaciel meza. razem studiowali a potem jakos tak sie ukladalo, ze w podobnych momentach zmienialo sie ich zycie. pierwsza praca, wielka milosc, slub, dziecko, domek, nastepna praca, kolejna praca, dom, skok w karierze. tak sobie gadaja i gadaja. moze spontanicznie spotkamy sie w weekend? maz odklada sluchawke i zamysla sie:

 

 – i wiesz o czym rozmawialismy? hm? no, ze oni wlasnie od tygodni dyskutuja o nowym stanowisku m.

 – to pewnie. to prawdziwy skok!

 – oczywiscie, ale nadchodzi w momencie, kiedy oni glownie mysla o downsizing i downgrading. 

 

jak zawsze idziemy podobna droga.

 

 

 

no tak.

 

tak sobie miedzynarodowo obgadujemy ludzi z branzy. moja kolezanka i ja. raz pozytywnie raz negatywnie az dochodzimy do wspolnej znajomej i tu nasza opinia jest jednoznaczna: boze, co ona ma za pozytywna energie! no swietna jest. zawsze taka do przodu. i ja sie tak zatrzymuje na chwile:

 – boze, jak ja bym chciala byc taka pozytywna i zadowolona z zycia.

 – nie wyglupiaj sie. ona ma 30 lat.

 – tak?

 – no!

 – aha.

 

w przelocie.

 

na urodziny tatusia upieklam czekoladowo- marcepanowy tort, ktory wygladal fatalnie ale smakowal fantastycznie i krewetki w sosie kokosowym mleku. prezenty bardzo sie udaly, bylo i wesolo i sentymentalnie. urodziny rozpoczely poprzedniej nocy pokazem ksiezycowym, ktory na moj wlasny uzytek biore za szczesliwy znak.

w monachium czas oktoberfest. malina jak co roku wyciagnela dirndl. ups! za ciasny. uroczyscie pojechalismy kupic nowy. po przymierzeniu 14 roznych modeli dalismy spokoj. malina jest dluga i chuda. waskie modele sa za krotkie, dlugie zbyt wyprofilowane wokol dekoltu. postanowilismy poczekac z kupnem dirndla na przyszly rok. malina przymierzyla chlopiece tradycyjne, czarne, skorzane spodnie z bufiasta bluzka w zielona kratke. do tego aksamitno filcowy tradycyjny zielony medalion. sprzedajace panie sie zachwycily a mloda dziewczyna z kabiny obok natychmiast postanowila sprawdzic, czy sa spodnie w jej rozmiarze. dzis malina tak wystrojona pomaszerowala do szkoly bo maja trachten-tag. zaplotlam jej piekna, misterna fryzure „w koszyczek” a sama zaraz lece do hamburga.

taka piekna jesien a ja nie mam kiedy posiedziec w domu.

 

piekna ona, piekny on.

 

 

on byl cale lata redaktorem naczelnym jednego z najwiekszych niemieckich wydawnictw (dzienniki, magazyny, ksiazki), ona mloda dziennikarka. moglaby byc jego corka. jakby sie postaral to nawet moze i wnuczka? dokladnie nie wiem. on brzydki jak noc, ale inteligentny, czarujacy, pelen energii. ona wiotka, smukla blondynka i blekitnych oczach. zakochali sie w sobie jak wiariaci. dookola wszyscy dobrze wiedzieli o co chodzi – romans z takim facetem to gwarantowana kariera dla mlodziutkiej dziennikarki. na pohybel wszelkim dulskim pobrali sie, oboje rzucili dziennikarstwo, z jego oszczednosci kupili zapuszczony gaj oliwny w toskanii. kilka lat sami doprowadzali ruine do stanu uzywalnosci. z wlasnej oliwy zaczeli produkowac kosmetyki. urodzila sie pierwsza coreczka, druga coreczka i nagle zatesknili za ojczyzna. wrocili, wzieli kredyt, otworzyli restauracje nad jeziorem. na dzien dobry czestuja wlasna oliwa z sola i cieplym chlebem. miesiac temu on dostal zawalu serca, lekarz przybyl pozno, wezwano helikopter, serce stanelo i nie wiadomo bylo czy akcja reanimacyjna sie powiedzie. powiodla sie. wczoraj spotkalismy ich nad jeziorem. powolutku, krok za krokiem, spacerowali sobie ze starsza corka. przywitalismy sie:

 – i jak?

 – no zobaczymy. wracam do gry. – usmiecha sie jak maly chlopiec.

„zeby wszyscy sie tak kochali, swiat bylby lepszy”, mysle sobie… czytam o slubie marka kondrata i antoniny turnau. i mysle sobie: na pohybel paniom dulskim.

 

malinowy pierwszy tydzien szkoly

 

we wtorek zaczela sie szkola. po dwoch latach w gimnazjum zmieniaja sie wszyscy nauczyciele, wychowawca, sala, prefekt. potencjalny stres. od razu we wtorek pani od angielskiego zapowiedziala klasowke. miedzy rodzicami zaczely krazyc wieczorem maile. no bo jeszcze nawet nie ma nowej ksiazki ani zeszytu a tu klasowka. w srode rzeczywiscie klasowka. nie ma zmiluj. wieczorem maile, ze co to jest, ze w ten sposob nie motywuje sie dzieci, ze przedwczoraj jeszcze wakacje a tu takie cos! jak obuchem w leb! w czwartek pani oddala klasowki i okazalo sie, ze bardzo zle oceny. w mailach zawrzalo: jeszcze sie dobrze szkola nie zaczela a tu juz zle stopnie. malina nic w domu nie mowila a ze bylam w berlinie to nawet nie mialam kiedy sprawdzic co sie dzieje. dzis mi sie przypomnialo i niby nic zapytalam czy juz mieli jakies testy albo przepytywanki albo co?

 – nie. nic specjalnego. tylko z angielskiego test, ale latwy. dostalam jedynke i zapomnialam ci powiedziec.

dobrze, ze sie w te maile nie wtracalam.

 

jutro powinna zaczac sie polska szkolka, ale sa jakies problemy z lokacja. jestem wdzieczna – bo sama nie mam na to czasu – ze sa rodzice, ktorzy bardzo sie w te szkolke angazuja. nawet ksiazki bedzie mozna kupic w klasie. dla mnie wazne, bo nie bylam w te wakacje w polsce. zla wiadomosc, to fakt, ze zajecia trwaja do 16:00. wiecej do nauki. i jak tu sprzedac dziecku fakt, ze i w niemieckiej i w sobotniej szkolce wiecej zajec? gadalam ze znajoma mama, ze bedziemy chowac zegarki w soboty – moze nie zauwaza? wiele dzieci pozegnalo sie ze szkola przy rozdaniu swiadectw. po tygodniu normalnej szkoly nie chca spedzac soboty w szkole. trzeba tez przyznac, ze budynek jest tak obskorny, ze dostaje gesiej skorki jak tam wchodzimy. ciekawa jestem jak duza bedzie klasa. pewnie ok. 7-10 dzieci. na razie jutrzejsze zajecia sa odwolane, spimy do oporu a potem tatus wraca z wielkiego trzydniowego meetingu i robimy ognisko.

 

dobranoc.

buju buju.

 

jesli chodzi o moje zycie prywatne, to ono jest bardzo proste. robie co moge, zeby byc szczesliwa. mam takiego meza i takie dziecko, ze nie musze sie zbytnio wysilac by osiagac ten stan: szczescie. jesli chodzi o moje zycie zywodowe, to ono nie ma nic wspolnego ani z moimi marzeniami, ani z moim wyksztalceniem, ani planami. i jak mnie ponosi to bym wszystko rzucila i wziela sie za ogrod. a jak sie uspokajam i mi ta zadyszka przechodzi to jest mi wstyd, ze narzekam. i tak sie bujam. przemawiam sobie do rozsadku i dochodze sama z soba do porozumienia.

 

 

 

malinowa i roztropna.

 

moj samolot wyladowal dzis pol godziny za pozno a malinowy tatus musial wszesniej pojechac na spotkanie. chcac nie chca malina przejela sprawy w swoje piekne malinowe raczki. oplacila pania do sprzatania, przygotowala sobie i mnie kolacje, zazdwonila sprawdzic, czy pamietalam, ze oma (moja tesciowa) ma dzis urodziny. ups! no zapomnialam. w drodze z lotniska goraczkowo szukam nowego telefonu tesciow i widze sms od maliny z…numerem telefonu: „nie wiem czy masz nowy telefon oma und opa”.

 

 

 

 

 

o psie ktory jezdzil koleja

 

pamietacie tego psa? ja dzis spotkalam muche, ktora lata samolotem. otworzylam w samolocie futeral laptopa i wyleciala z niego mucha. jakby nigdy nic. zaczela sobie latac po samolocie i gdzies sie zgubila. nie wiem czy wysiadla w berlinie czy juz jest w drodze powrotnej do domu, do monachium.

 

melduje komplet.

 

po prawie dwoch tygodniach nieobecnosci malina jechala do domu jak do raju. bylam na gorze a ona myslala, ze w ogrodzie wiec biegala w kolko wolajac: mamusiuuuu, mamusiuuu!!! jak sie juz wysciskalysmy – czy ten wielki czlowiek niemal mojego wzrostu to moja coreczka? – malina w trakcie zdejmowania butow… pocalowala sciane:

 – jak ja sie ciesze, ze juz jestem w domu.

po kolacji obejrzelismy zdjecia z föhr i malina poleciala do lozka. wtulila sie w swieza posciel:

 – tak sie ciesze, ze chyba nie zasne… – wymamrotala i zasnela.

 

jestesmy w komplecie.