wyczekany termin. dlugie czekanie w kolejce. w koncu moja kolej. hurra! najpierw badanie sluchu, bo jakos czuje, ze mniej slysze niz zwykle. mile mlode pani badaja mnie dosc dlugo: wysokie, niskie tony, sluchawki takie, sluchawki siakie, jakies czopki, wtyczki, zatyczki. a ja sie wkurzam sama na siebie, ze taka jestem hypochondryczka, no przeciez slysze przeciez wszystko, na co mi to bylo? no ale nic, grzecznie, zgodnie z zaleceniem, przyciskam niebieski guziczek kiedy slysze ton.
5 minut pozniej przyjmuje mnie lekarz i juz na powitanie kreci glowa. w jednym uchu 75% sluchu, w drugim 80% – jak na moj wiek za malo. no ale przynajmniej bede miala na papierze, ze niedoslysze i maz przestanie sie wkurzac na moje nieustajace: – wie bitte?
nie mialam czasu sie martwic, bo zaczelo sie badanie jak ta lala! na wszystkie strony! wszystkie dziurki w glowie, plus usg. pan ciagle wtykal mi do gardla jakies patyczki, rurki a jedna nawet z kamera. patyczki wysle do laboratorium i powiedza mi pojutrze jakby jakas okropna bakteria mi sie tam zagniezdzila. okazalo sie, ze ogolnie sprawa spowodowana jest typowa, silna alergia i kwasnym organizmem. no ale ja nie mam zadnych alergii… a to zobaczymy.
w pokoju obok pani pomalowala mi oba ramiona cyframi od 1 do chyba 20, kazda cyferke skroplila jakims swinstwem i kazda kropelke naklula igla. po 15 minutach nic, tylko jedno miesce spuchlo mi jak pol sliwki. a! – ucieszyl sie pan doktor – i jestesmy w domu! silna alergia na kota! b-a-r-d-z-o silna alergia na kota. no niestety musi sie pani pozbyc kota. dostalam krople/spray do nosa z kortyzonem i jakies lekarstwo na odkwaszenie oragnizmu. za 4 tygodnie mam nastepny termin.
wsiadlam do samochodu i ruszylam do domu. szkoda, ze nie mam zadnego kota, bo zaraz bym sie go pozbyla.
no mozna sie zniechecic, prawda?