malinowo-lacinskie nudy na pudy.

 

nie moge maliny wspierac w jej szkolnych zmaganiach, bo co ja jej moge pomoc w niemieckim? w matematyce jestem bez szans. w angielskim malina jest wciaz dalej niz program (mysle, ze pomoglo mi kupowanie dziennika cwaniaczka po angielsku oraz pozwalanie na ogladanie unznanych za glupie filmow – jak na przyklad H2O – w oryginale), historii i geografii malina nawet nie przynosi do domu, wszystko odrabia w szkole. w tym roku tylko raz przyniosla do domu fizyke, bo nie zalapala na lekcji i chciala zeby tatus wytlumaczyl. wykazac moge sie tylko w lacinie a i na tym polu tylko w roli przepytywacza. to jest bardzo trudna rola, bo lacina nudzi mnie tak strasznie, ze pod kilku minutach zaczynam ziewac, rozpraszam i demotywuje dziecko. dzis malina ma wielki sprawdzian z 7 rozdzialow. kazdy rozdzial ma kolo 25 slowek, wiele czasownikow ma po 2-4 tlumaczenia, trzeba wiedziec ktora koniugacja, ktora deklinacja. zgodzilam sie na przepytywanie pod warunkiem, ze malina robi mi jednoczesnie masaz plecow – inaczej nie daje rady, umieram z nudow. jedyne co mnie wczoraj podtrzymalo przed zasnieciem to ten masaz i prawdziwie gleboki respekt przed malinowymi umiejetnosciami. z tej listy dlugiej jak stad do krakowa malina znala WSZYSTKIE slowka razem z ich roznymi znaczeniami, rodzajami, odmiana.

 – boze, malina, ty nasz te wszystkie slowka!

 – no! ale trzeba przyznac, ze niektore mielismy juz w tamtym roku…

 

 

nagłe oswiecenie.

 

w sobote malina zaczela przerabiac w polskiej szkolce krzyzakow. rozmawiamy o bitwie pod grunwaldem i scenie z mieczami.

 – i podarowali im dwa miecze… jak one sie nazywaly? – malinowe czolko sie lekko marszczy.

 – miecze grunwaldzkie?

 – nie, ona mialy taka nazwe. nie moge sobie przypomniec… – zastanawiala sie malina nie przypomniala sobie przez caly weekend.

teraz siedzi w autobusie w drodze do szkoly. i nagle dostaje wiadomosc whatsapp: „wiem teraz na reszcie jak nazywaly sie te miecze: dwie nagłe miecze!”

 

 

podobno najgorsze wlasnie minelo.

 

 

nie mam cukrzycy. tak mnie ta wiadomosc uskrzydlila, ze zdecydowalam sie na usunecie obumarlej czesci rany bez proponowanej narkozy. niestety na miejscowe znieczulenie moja rana jest zbyt opuchnieta, wiec lekarz zdecydowal sie na jakis usmierzajacy bol psikacz i uprzedzil, ze pewnie bedzie troche bolalo.

 – ej tam. wie pan, ja urodzilam dziecko… – smialam sie. zacisnelam zeby i oczy a pan zerwal zdecydowanym ruchem „zdrewniala” czesc rany a wraz z nia niemaly kawalek miesa. z oczu potoczyly mi sie lzy.

 – ale z pani twarda sztuka. nie sadzilem, ze to jednak tak glebokie… niech pani sobie krzyknie moze?… – zmartwil sie.

patrzymy na swieza dziure.

 – wie pani co? tam jest cialo obce! – pielegniarz natychmiast zapalil mu specjalna lampe zeby lepiej bylo widac. no cos tam jest! cos czarnego, od razu pomyslalam, ze mrowka! taka wielka czarna mrowka. pan zaczal wyciagac ja chirurgiczna penseta, ale zaraz przestal, bo to byla… zyla.

dostalam nowy opatrunek. maz zaprowadzil mnie do samochodu. i cieszylam sie, ze w koncu rane otworzono i przechodzil mnie dreszcz na sama mysl o tym co wlasnie mi sie wydarzylo. przestala dzialac histeryczna adrenalina, zaczelo bolec ale zaraz przestalo, bo zaczal dzialac srodek przeciwbolowy. od piatku siedze z noga oblozona lodem. zeszla mi opuchlizna. chyba sie dobrze goi.

mam nadzieje, ze ta przygoda zmierza ku koncowi. jest mi jakos strasznie ciezko. nie sadzilam, ze taka rana moze tak wplynac na humor.

 

 

 

lada moment polowa stycznia.

 

moje kochane, wspolnie dziekuje za wszystkie zyczenia i komentarze pod poprzednim wpisem. mam nadzieje, ze macie za soba piekne swieta!

moja rana niestety sie nie goi i wlasnie przechodze badania na cukrzyce. troche mnie to siedzenie u lekarza i w szpitalu lekko zdeprymowalo i nie tryskam dobrym humorem.

dzis malina poszla do szkoly – od wczoraj jest prawdziwa nastolatka, stuknela jej 13-stka. rozni nas tylko 12 cm jesli chodzi o wysokosc, ale juz stopy mamy identyczne. jako rodzice nastrojowo nie dajemy sobie rady z naszymi roznymi smutkami, ale malina swietnie to znosi i wciaz ma dla nas duzo cierpliwosci.

w poniedzialek ide do pracy. niestety ani w humorze, ani wypoczeta, z wyladowanymi bateriami.

 

 

2016 – niech nie bedzie gorszy, to wystarczy.

przez prawie miesiac grzecznie chodzilam codziennie na zmiane opatrunku. nie zmieniala mi go pielegniarka tylko pani lekarka nasza wiejska – jeden z 5 lekarzy przyjmujacch tu na wsi, wiec czulam sie dobrze zaopiekowana. raz zastapil ja lekarz i tez zmieniajac opatrunek pochwalil, ze dobrze sie goi, wiec mimo, ze pieklo jak przedtem i bolalo jak nie wiem, mialam pewnosc, ze jestem na dobrej drodze do wyleczenia. wczoraj moja pania zastapila inna pani doktor. wchodze do gabinetu – a! znamy sie – byla przeciez u mnie tamtej nocy jako pogotowie jak mnie cos tak ugryzlo, ze nie moglam wytrzymac z bolu.

 – witam, witam, w czym moge pani pomoc? – pyta milo a ja na to, ze przyszlam na zmiane opatrunku.

 – a jakiego opatrunku?

 – a na na nodze, no wie pani…

 – co to bylam u pani w dom? w nocy?

 – tak.

 – to to sie jeszcze nie zagoilo???!!!

 – nie.

pani zdziwiona rozplatala opatrunek, jeszcze bardziej zdziwiona wykrzyknela: „o matko! a co to jest?” sama na te rane nigdy nie patrze jak mi opatruja, bo brzydka jest jak nie wiem co. pani wziela lupe, swiatelko, pensete i lekko zezloszczona zaczela mi na brzegach tej rany grzebac, myslalam, ze odjade z bolu. dostalam lekki opieprz, ze nie przychodze dopiero teraz. na to ja, ze przeciez jestem tu codziennie. pani zrobila wymaz rany, zadzwonila do szpitala w sasiednim miasteczku czy moga przyjac mnie w sekcji pogotowia. dostalam skierowanie, maz mnie natychmiast zawiozl. tu pani doktor zdjela opatrunk i oznajmila, ze musze zostac na noc zeby mi przeprowdzono wszystkie badania: krew, rentgen, bo rana jest taka, ze zakazenie moglo naruszyc kosc. lzy mi sie potoczyly po twarzy i to chyba pania jakos poruszylo, bo razem z pielegniarka cos poszeptaly, dostalam rurke w zyle i dwa piekne zdjecia rentgenowskie. siedzielismy tam z mezem 4 godziny, co raz telefoniecznie uspokajajac maline w domu, ze jest wszystko jest ok.

i bylo ok. kosc nienaruszona, krew bez zakazenia, specjalny opatrunek zmiekczajacy rane – jutro bedzie rozcinana (?), ale to i tak lepsze niz noccowanie w szpitalu. dzis piecze mnie jak przez ostatni miesiac niezmiennie, humor mam taki sobie, zaraz wybieramy sie do teatru, potem raclette w domu i fajerwerki nad jeziorem.

jakos stracilam nadzieje na lepszy rok 2016, ale niech chociaz nie bedzie gorszy.

 

 

 

 

 

lepszy rok.

 

nasze swieta: melancholia, patrzenie w niebo pelne gwiazd, zachwyt ksiezycem bialym jak snieg i wlasnym cieniem rzucanym na podloge w srodku nocy. a jakie niby mialy byc te swieta po takim trudnym roku? pamietam jak moja przyjaciolke porzucil maz. zaraz po tym jak stwierdzono u niego nieuleczaknego raka. umarl zanim zdazyli sie rozwiesc. stres, strach i bol wyciagaja z nas prawdziwych nas, nasze prawdziwe „ja”. nagle nie da sie wiecej udawac, naciagac, zaklinac rzeczywistosc. tak samo u nas. nasze smutki zblizyly nas do siebie jeszcze bardziej choc zdawaloby sie, ze bardziej juz nie mozna, pomogly oddzielic rzeczy wazne od niewaznych. po ponad 20 wsponych latach od nowa odkrywamy, ze jestesmy dla siebie stworzeni.

zawodowo ten rok – pelen zakretow, porazek, spraw nie do zalatwienia, projektow nie do wygrania – byl ciagiem sukcesow. na bozonarodzeniowej kolacji moj szef dziekujac nam wszystkim powiedzial: „… i dzieki bogu,… i dzieki… lylowej” czym sprawil mi ogromna przyjemnosc, ale wieksza przyjemnosc nawet sprawili mi koledzy, ktorzy spontanicznie mu przytakneli bijax brawo – zawodowo bardzo mily moment. u meza tak samo. w wigiljnej przemowie maz dostal specjalne podziekowania, dzieki jego projektowi firma przechodzi transformacje, skok rozwojowy, ktorego pelnych konsekwencji juz pewnie aktywnie (zawodowo) nie bedziemy juz przezywac, bo to bedzie za 20 lat. malina przed swietami dala w szkole gazu. poprzynosila same jedynki i jakies specjalne pochwaly. pod choinke sprawila nam kilka naprawde pieknych prezentow – kupionych drobiazgow i cudow wlasnej roboty. boze, jacy jestesmy z niej dumni.

moja rana na nodze sie nie goi, moja tesciowa poszla dzis do szpitala i zostanie tam do nowego roku i przejdzie skomplikowana operacje – jak to niestety pasuje do tego okropnego 2015 roku. w azjatyckim sklepie kupowalismy dzis soje i dostalismy w prezencie trzy ciasteczka z wrozba. wszystkie trzy obiecuja dobry rok. niech wiec szybko mina te trzy dni. czekam na ten lepszy rok.

 

 

dziura.

 

jak dobrze pojdzie od poniedzialku mam urlop. jak zle to jednak w poniedzialek wlacze sie jeszcze na troche w zwariowany wir projektow.

ten grudzien absolutnie pobil moje dotychczasowe grudnie. co drugi dzien siedzialam w samolocie i nawet wyskoczylam na kilka godzin do londynu. ten lot zapamietam chyba na zawsze. nie, nie bylo turbulencji ani zadnego bombowego alarmu ani nawet nie zginal mi bagaz, bo mialam tylko podreczna torbe z komputerem. do domu wrocilam pozno, malina zaraz poszla spac, maz mial wrocic nastepnego dnia. do spania wzielam sobie termoforek i zasnelam juz o 9 jak susel.

w nocy, spiac jeszcze, ale juz jakby na jawie zaczelam sie z tym termoforkiem meczyc. zaczal mnie parzyc. leniwie, w polsnie przesunelam go na najdalszy skraj lozka i spalam dalej. niedlugo jednak, bo magiczne cieplo termofora docieralo do mnie nawet z daleka, wyciagnelam sie jak moglam i wywalilam go na podloge. coz z tego skoro parzyl mnie nadal w lydke. juz, juz prawie znow zasnelam, kiedy parzenie stalo sie naprawde bolesne. obudzilam sie. zla sama na siebie zapalilam swiatlo: kurcze poparzylam sie termoforem czy co? patrze na lydke i oczom nie wierze. mam wielka czerowna plame i kilka babli i nie wiem czy wciaz snie czy nie, ale te bable rosna i widze jak lacza sie w jeden wielki babel, ktory parzy i boli tak, ze nie moge wytrzymac. jest 2 w nocy, wpadam w panike. co to moze byc? wyglada jak poparzenie, ale przeciez nie mozna poparzyc sie tak termoforem. dzwonie na pogotowie. pan pyta spokojnie czy moze wlasnie wrocilam z jakiejs egzotycznej podrozy. no nie, tylko z londynu. aha – mowi pan i wysyla lekarza. zanim przyjechal lekarz probowalam jakos schlodzic rozogniona noge lodem, ale na nic sie to nie zdalo. czekajac na ratunek wygooglowalam sobie o co chodzi: waglik. i wpadlam w panike. londyn, obylo sie bez bombowego alarmu ale przywiozlam waglika?! o boze.

przyjechal lekarz, obejrzal, wypytal o podroze egzotyczne, wykluczyl zarazenie waglikiem ale nie postawil zadnej diagnozy. przeklul babel wielkosci kurzego jajka, zrobil opatrunek, dal silny srodek przeciwbolowy i odjechal. zgodnie z jego zaleceniem poszlam nastepnego dnia do lekarza, zaintrygowana pani doktor poprosila o konsulatcje kolezanke z pokoju obok. obie panie przygladaly sie dlugo mojej krwawej ranie, wielokrotnie wzruszaly ramionami i krecily glowami. dostalam tabletki przeciwbolowe i opatrunek. bardzo mozliwe, ze w samolocie ugryzla mnie mrowka. podobno w samolotach zyja mrowki, ktore zywia sie resztkami tego co lezy w samolocie i chcac nie chca pochlania srodki dezynfekujace, ktorymi co i raz traktowany jest samolot. ukaszenie takiej mrowki moze spowodowac taka wlasnie silna reakcje alergiczna. od tygodnia zmieniam sobie ten opatrunek, w nodze mam normalnie dziure.

odpedzam od siebie moje 2015 zwatpienie w umiejetnosci niemieckich lekarzy, bo z taki zwatpieniem jest smutno.

 

 

1 grudnia 2015

wieczorem malina na dobranoc usciskala mnie mowiac:

 – idz lepiej wczesniej spac. wiem, ze masz tyle pracy i nie masz glowy do kaledarza adwentowego.

o polnocy podwiazalam wszystkie paczuszki do choinki, ktora zmajstrowalam rok temu. do kosza obok wlozylam lancuch czerwonych swiatelek.

skoro swit malina przydreptala z adwentowym prezentem „zamiast kalendarza”- ulepila je z papieru, zebysmy mialy dwa swiatelka do sniadania. dwa biale lampiony. sliczne!

byla lekko zaspana i przeszla obok kalendarza zupelnie go nie zauwazajac!

to byl fajny poranek. tatusiowi wyslalysmy zdjecia.

 



priorytety w wykonywaniu waznych zadan.

 

nie wiem jak ja ten tydzien przezyje. mam kilka prezentacji w tym jedna w londynie. i wielkie bardzo eleganckie przyjecie (nie tam takie ze zaloze cos czarnego i zrobie wlosy tylko takie na serio) i malina ma tez swoje terminy i maz tez. logistycznie jest to sytuacja niemal nie do pokonania, bo w dodatku sypnelo nam projektami jak swiezym sniegiem. jestem w panice. zamiast przygotowywac prezentacje, przygotowalam woreczki do kaledarza adwentowego. zawisna dzis w nocy, jak tylko malina zasnie.