tydzien temu maz mial spotkanie niedaleko lotniska, wiec przy okazji zawiozl mnie na lotnisko. to oznacza, ze: 1. wstalam odpowiednio punktualnie. 2. moja walizka lezala grzecznie w bagazniku odpowiednio wczesnie. 3. spokojnie podrzucilismy maline do jej autobusu. 4. ruszylismy na lotnisko a maz jak zawsze domagal sie pochwal, ze prosze jak to dobrze tak wczesnie bez paniki, pospiechu i zadyszki zorganizowac sobie poranek. no ma racje, ma racje! jedziemy sobie, mamy mnostwo czasu, moze nawet wypijemy jeszcze wspolna kawe na lotnisku. a nie. kawy nie pije. no dobrze: herbate. gdybym byla sama spedzilabym te 15-20 min raczej dluzej w lozku niz na lotnisku, ale nie narzekam, bo taki poranny nie_pospiech tez ma swoje plusy.
ale nagle. ups! korek. untknelismy na autostradzie. na lotnisko mamy niedaleko. tylko 10 minut! cyk, cyk,cyk… 20 minutowy bufor zaczyna topniec. cyk, cyk, cyk. stoimy jak stalismy. nie mamy szans. zaczyna zblizac sie czas w ktorym musze oddac bagaz. cyk,cyk,…cyyyyk… ok. juz nie moge oddac bagazu. no to koniec, absolutna katastrofa, mimo ze wlasnie korek sie rozproszyk i ruszamy z kopyta. w zyciu mnie z ta waliza i bagazem podrecznym nie wpuszcza do samolotu! w walizce mam kosmetyczke pelna kosmetykow, ktore mi wywala. juz mi smutno. plaszcz zakladam jeszcze w samochodzie. maz wjezdza na parking ale tylko jakos obok, blizej drzwi, wyciaga mi walize bagaznika i musi szybko odjechac, bo tu za nic nie wolno parkowac. od walizki odpada niedawno zreperowane koleczko. nic to i tak musze przeskoczyc niska barierke, lapie walize w garsc. przez ramie mam przewieszona torbe z koputerem. przeskakuje przez barierke, trace rownowage przez ciezka walizke i padam w bloto. wstaje, w moim sercu nadzieja, ze maz juz odjechal i tego nie widzi, ale nawet sie nie odwracam. swinskim truchtem biegne do automatu na bagaz, rzucam walizke na tasme, wstawiam telefon z biletem pod czytnik. czytnik bezdusznie: za pozno! biegne do okienka first class (kiedys mi taki numer przeszedl) – tam niestety siedzi jakas zolza w zlym humorze i odpowiada, ze mam eko i zebym sobie przebukowala lot na pozniejszy. nawet nie slucham jej do konca, tylko znow swinskim truchcikiem, z waliza w garsci, na bezdechu i w zabloconych butach kieruje sie do bramki i tu wpadam w objecia usmiechnietej blondynki z lufthansy. aniol stroz jakis czy co? niestety nie moge mowic, bo jestem w takiej panice i zadyszce, ze ani krzykiem ani szeptem… macham tylko telefonem z wyswietlonym biletem. pani spokojnie wczytuje sie w ekranik:
– tylko spokojnie, prosze sie nie denerwowac. ma pani jeszcze 20 minut do odlotu.
– uhuhuhuuu uuu uuu – nie moge zlapac powietrza.
– prosze tu stanac w kolejce.
– niestety nie przepuszcza mnie z ta waliza a nie zdazylam jej nadac na bagaz…
pani przymruza oko: niech pani wyciagnie z tej walizki cos grubego, zeby wygladala chudo.
wyciagam grubasny plaszcz. korzystajac z zamieszania z dzieckime ktore nie chce przesc przez przeswietlajaca bramke pakuje moje klamoty w kosze: torbe, komputer i telefon, wlasnie zdjety plaszcz i szal, plaszcz wyciagniety z walizki, buty. ostentacyjnie wyjmuje wielka tube gelu do zmywania makijazu vichy, ze niby tak, tak, tak, no mam plyn… zapomnialam. celniczka kreci ze smutkiem glowa: ale szkoda… i wyrzuca go do kosza. a mi nic a nic nie szkoda bo wlasnie staje sie cud. przepuszczaja mnie z tymi wszelakimi bagazami i kosmetykami w walizie. ufff. i znow truchcikiem, tym razem do gate i znow nikt nie widzi, ze mam za duza walizke. samolot przepelniony, moj sasiad oburza sie ile miejsca zajelam na polce i gniote jego plaszcz. jezu a jak mnie teraz wywala??? nie. nie wawala, bo startujemy.
siedze. dopiero teraz czuje co sobie zafundowalam obciskajacymi majtasami (chcialam byc taka szczupla, bo po ladowaniu czekala mnie sesja zdjeciowa). jestem mokra jakbym wyszla z wanny.
potem juz dzien dzieje sie wedle planu. dopiero w nocy, w lozku czuje jak opuszcza mnie ten poranny upadek z walizka. kazdemu sie moze zdazyc, co? pewnie, ze moze, ale jest to strasznie upadlajace i slabe. bardzo niemile uczucie.









