bez szalu (zaispirowana odpowiedzia aliska) +++ (edytowane: maraton juniorow)+++

 

alisek napisala tu w odpowiedzi czy jej coreczce podobalo sie pierwszy raz na nartach: „ale w ramach jej trzyipolletnich mozliwosci. bez szalu.”

i tak przypomnialo mi sie jak zima gadalam sobie z pania masazystka w spa. pani wychowala trzech synow, goralka, nigdy nie widziala morza. zanim zostala matka trenowala narciarstwo, potem uczyla jazdy na nartach, teraz mocnymi ramionami dorabia sobie dwa dni w tygodniu w spa. tak jej opowiadam, ze wkurzaja mnie rodzice, ktorzy zabieraja na 2000-nik malutkie dzieci, ktore jeszcze nie umieja jezdzic na nartach. trzymaja je sobie miedzy nogami i szusuja po oblodzonym stoku. na dwutysieczniku jezdza ludzie ktorzy dobrze jezdza, niektorzy pedza z niemozliwa szybkoscia a ci, ktorzy jeszcze czasem traca panowanie nad nartami na lodzie, zeslizguja sie z panika w ruchach. nie rozumiem dlaczego koniecznie trzeba to dowswiadczenie, to ryzyko dzielic z maciupkim dzieckiem. zalozmy, ze narciarzowi tacie/mamie cos sie stanie, to co? dziecko zeslizgnie sie w przepasc? czy male dziecko potrzebuje takich atrakcji? tej wysokosci? tego pedu?

zaraz sie ugryzlam w jezyk:

 – pani pewnie tez tak robila ze swoimi synami? no bo jako zawodowa narciarka?…

ale pani sie rozpromienila. absolutnie nie! jej synowie szaleli na oslich laczkach, bo dzieci musza same poczuc, ze panuja nad nartami, ze same cos osiagnely i co sezon cos sie zmienia, wieksza gora, czerwone szlaki, czarne szlaki, gleboki snieg, oblodzone stoki. nie ma sensu przekazywac dziecku, ze jest straszno, ze ma sie trzymac, ze ma uwazac, ze mama trzyma na wyciagu, wsadza na krzeselko. wszystko za duze, niebezpieczne. jak dzieci maja sie czuc silne i rozwijac sie? jej chlopcy jezdzili na nartach od 3 roku zycia, pierwsze dwa sezony na oslich laczkach. zeby sie wybawic! i wyhulac w sniegu. bardzo mi sie to spodobalo, bo tak wlasnie myslalam o malinie, ze do jezdzenia na nartach doszla sama. pamietam jak dumnie pokonywala na mini nartkach dwa malutkie pagorki (ostanio pokazalam jej gdzie sie uczyla, hmmmm teraz to wyglada jak nizina:-), ktore dla niej byly skocznia alpejska.

napisalam o tym, bo co roku jak widze tych ambitnych rodzicow na 2000niku to mysle, ze to niezla metafora rodzicielstwa. taki sygnal dla dziecka: jestem twoim silnym ojcem, nie boj sie trzymam cie.

ja wole rodzicielstwo: jestem twoja silna matka a ty jestes moja silna corka, nie musze cie trzymac.

 

——————

wlasnie natknelam sie na artykul o „juniormarathon in linz”, ambitni rodzice wzieli udzial w maratonie razem z dziecmi, niektore dzieci byly na ten maraton za male i slabe: http://m.kurier.at/chronik/oberoesterreich/linzer-juniormarathon-eltern-zerrten-ihre-kinder-ins-ziel/190.897.393

organizatorzy rezygnuja w 2017 z tego maratonu.

 

 

 

i po swietach.

 

mam nadzieje, ze wszyscy tu zagladajacy mieli cudne swieta wielkanocne! spoznione, ale serdeczne zyczenia zdrowia i pieknej wiosny!

my sie w tym roku ze swiat wypisalismy, spontanicznie znalezlismy apartment w lizabonie. szesc dni wloczylismy sie bez celu, jedlismy w poleconych przez przyjaciol restauracjach albo samodzielnie odkrytych miejscach. wiatr od atlantyku wyleczyl nasze ciagnace sie od tygodni przeziebienia. pieknie spedzony czas, fajne zlote sandaly dla maliny, nowe ulubione wino, krotkie, kojace zapomnienie.

maz i malina maja jeszcze ferie, ja juz dzis na sluzbie.

 

malinowy swiety spokoj.

 

w czasie dni zadumy wychowawczyni uroczyscie zebrala wszystkie telefony, ipody i pady i zamknela w specjalnej skrzyni. myslalam, ze malina sie na to oburzy albo przynajamniej bedzie z lekka niezadowolona, ale… dziewczyny zauwazyly, ze trzy dni bez sprawdzania whatapps i youtube sa… swietne!

 – mialysmy swiety spokoj.

rozmowy, zabawy, smiech i lzy, disco, wymyslanie fryzur, nocny spacer z latarkami – normalnie jak za moich czasow.

od dzis malina ma ferie. wlaczyla sluchowisko i produkuje kartki wielkanocne. juz dawo nie widzialam jej w takim swietnym humorze.

 

 

malinowa obsada zemsty

 

„zemsta” – mimo checi, malina nie dala rady przeczytac na sobote do konca, wiec w piatek uratowalam ja ekranizacja w rezyserii wajdy. malina zakochala sie w podstolinie:

 – boze jaka ona piekna!

 – to jest kasia figura, kiedys byla wielka gwiazda polskiej telewizji.

 – f i g u r a? naprawde sie tak nazywa?

 – tak.

 – to bardzo do niej pasuje, piekna jest! no i ten push up! genialny!

 – to nie jest push up. ona ma takie piersi.

 – swietne!!!! rezyser zle obsadzil jej role. figura powinna grac klare. a papkin powinien byc waclawem!!! to by byla prawdziwa milosc!

 

 

 

 

wieczor bez maliny.

 

przez te wszystkie chorobska pod koniec roku nie dotarlismy do kina na „spectre”. wczoraj wieczorem, korzystajac z nieobecnosci maliny, nadrobilismy te zaleglosc. daniel craig jest dla mnie jedynym seksownym bondem i poniewaz uwielbiam energetyzujaca muzyke z bonda, a zadne dziecko nie spalo na gorze, ogladalismy film z tonem rozkreconamy na caly regulator. mimo, ze muzyka troche mnie rozczarowala, a zbtoksowana twarz craiga prawie nigdy nie zmieniala swego wyrazu, bawilismy sie swietnie. szczeglnie, ze mielismy za soba swietna kolacje z lososiem, jedyna ryba, ktorej malina nie znosi.

kolo 23 sprawdziwlam wiadomosci whatsapp. zadnego dobranoc od maliny. widze, ze od rozmowy telefonicznej o 19:00 (kiedy przyslala tez zdjecie z entuzjastycznym: „tutaj jest swietnei!!!”) nie logowala sie telefonicznie. ja sie troche zmartwilam, ale maz stwierdzil, ze tak ma wlasnie byc.

 

 

malinowa matka poranna

 

sa takie dni, kiedy bardzo latwo zdobyc medal na matke roku albo chocby kilka plusow czy gwiazdek. i to byl taki dzien.

malina pojechala rano na dni zadumy (refleksji?), bedzie nocowala w bardzo pieknym miejscu, w nocy maja marsz z latarkami i w ogole maja sie zastanawiac jak to z tym zyciem ogolnie jest. malina spakowala wczoraj torbe podrozna, pizame, kosmetyki, ksiazke. rano uplotlam jej dwa francuskie warkocze, zapakowalam dwa zajace z ciasta i orzeszki na droge. wsiadamy do samochodu i ruszamy szybko, bo jednak w tych porannych rytualach troche sie zaplatalysmy a nie bylo tatusia zeby nas popedzil. ale co tam do przystanku mamy 2 minutki a jej busik przyjezdza za 4. i nagle:

 – malina, a zoltego jaska i mimi wzielas?

 – nie! – przerazenie w glosie i z rezygnacja – no trudno…

i wtedy kamera fokus na matke roku:

 – dobra, zawracamy. jak sie spoznimy na busik, to najwyzej zawioze cie prosto do szkoly.

zawracamy z piskiem opon, malina wyskakuje z samochodu, klucz w garsci, ja wykrecam samochod, malina wraca z jaskiem i mimi, wskakuje do samochodu. ha! czujemy sie jak po skutecznym obrabowaniu banku a w dodatku zdazamy na busik. jestem tego ranka najlepiej wysciskana i wycalowana matka na swiecie, a tysiace serduszek i kwiatkow oraz „dziekuje” ktore dostalam przez whatsapp zaraz potem  tylko potwierdzily, ze dzisiesza misja zakonczyla sie sukcesem: nadaje sie na matke!

 

 

 

maz lylowy.

 

 

maz mial dzis spotkanie w centralnym biurze bmw. wczoraj bmw ochodzilo hucznie 100 lat istnienia – bylo o tym glosno we wszystkich mediach. dzis maz wrocil wlasnie z rzeczonego spotkania i opowiada:

 – wiesz, ze bmw dzis witalo w drzwiach kazda kobiete czerwona roza. dziwne, co? bo przeciez te setne urodzny byly wczoraj. pewnie chodzi o zachecenie kobiet do kupowania bmw? ale i tak dziwne.

 – a ja mysle, ze dzis jest dzien kobiet.

 – a jest?

 – jest.

 – aaaaa… no to teraz to ma sens!

 

 

 

nichts kommt zweimal

 

siodma klasa jest podobno przelomowa. tak mowili rodzine pod koniec 6 klasy a ja nie wdawalam sie w dyskusje, bo troche przestalam wierzyc w okoliczna legende, ze malinowe gimnazjium ma taki wysoki poziom i ze wiele dzieci nie daje rady dojsc do matury. do siodmej klasy przepchniete zostaly nawet najwieksze klasowe leniuchy a malina nie uczac sie wiele miala drugie najlepsze swiadectwo w klasie. pomyslalam, ze to taka bujda z tym poziomem, szkola jest prywatna, nie wyrzuca sie przeciez zadnego ucznia, ktory regularnie placi czesne. na poczatku 7 klasy, pan dyrektor uprzedzil nas, ze 7 klasa to wielki sprawdzian. chlopcy przestaja biegac z piankowym mieczem i tarcza po ogrodzie, dziewczynki odkrywaja pierwszy krem przeciwzmarszczkowy, caly swiat zaczyna sie krecic w nowym rytmie i niestety odbija sie to na ocenach, niektorzy nie dadza rady na zakrecie. i rzeczywiscie, po feriach klase opuscilo dwoje uczniow, 5 osob jest zagrozonych niezdaniem do nastepnej klasy. repetowaniem jeli nie poprawia sie do konca roku szkolnego. jest powaznie. miesiac temu umarl mnich – ogrodnik. dzieci pozegnaly go modlitwa w krypcie, dla wielu – jak dla maliny – byla to pierwsza stycznosc ze zmarlym czlowiekiem. choroby  w naszej rodzinie, wiadomosci radiowe o zamachach, o wojnie – swiat pokazuje malinie swoje cienie.

wlasnie w 7 klasie dzieci jada w piekne miejsce na dwa dni refleksji, czyli dni zamyslenia – die besinnungstage. dziewczynki najpierw sie ucieszyly, ze to nocowanie z czwartku na piatek, bo… no bo w czwartek jest kolejna edycja germany top model! dobrze, ze nic nie komentowalam, bo sprawa rozwiazala sie sama po przeczytaniu planu tych dwoch dni. w czwartek wieczorem dzieci maja sie cieplo ubrac i ida (ku rozczarowaniu wiekszosci!) na wieczorny spacer. 

 – malina, nie liczylas przeciez, ze ktos pozwoli wam na ogladanie jednego z najglupszych programow w telewizji, jak wy sie macie tam zastanawiac nad sensem zycia.

 – ale ja nie umiem sie zastanawiac nad sensem zycia…

 – oczywiscie, ze umiesz. popatrz, w sobote recytowalas ten wiersz szymborskiej i zastanawialysmy sie co to jest wprawa i rutyna i ze wszystko sie zdarza tylko raz. a nawet jak sie zdarzy drugi raz to tu juz nie jest dokladnie to samo.

 – i to sie liczy jako rozmyslanie o sensie zycia?

 – tak…

wyszukalysmy niemieckie wydanie szymborskiej.

Nichts kommt zweimal vor,
auch wenn es uns anders schiene.
Wir kommen untrainiert zur Welt
und sterben ohne Routine.

malina wlozyla zakladke do ksiazki i postanowila nauczyc sie tego po niemiecku. to bedzie jej glos w dyskusji.

w nocy musialam dwa razy do niej wstawac, bo snily jej sie koszmary. niestety zastanawianie sie nad sensem zycia jest bolesne.

 

 

 

Nic dwa razy się nie zdarza

w czwartek malina zadzwonila, ze nie chce isc do polskiej szkoly w sobote, bo nie nauczyla sie wiersza. jakiego wiersza. byle jakiego tylko zeby byl autorstwa wislawy szymborskiej.

 – o! szymborskiej? pieknie!

 – nie pieknie, bo musze sie uczyc matematyki na test i w ogole nie wiem gdzie szukac, bo w ksiazce nie mam zadnego wiersza szymborskiej.

z telefonem przy uchu malina na moja prosbe wedruje do regalu z ksiazkami – pierwsza szafka od sciany po prawej stronie, na tej polce co stoi ten blaszany kurczak.

 – widzisz? – pytam

 –  widze…hmmm.. no ksiazki.

 – czytaj autorow.

 – hmmm… szymborska… szymborska… szymborska.. o! to mamy jakis wiersz co?

 – mamy! – smieje sie – nawet mamy ich niemieckie tlumaczenie!

wybralysmy wiersz:

Nic dwa razy się nie zdarza  
i nie zdarzy. Z tej przyczyny  
zrodziliśmy się bez wprawy  
i pomrzemy bez rutyny.  
 
Choćbyśmy uczniami byli  
najtępszymi w szkole świata,  
nie będziemy repetować  
żadnej zimy ani lata.  
 
Żaden dzień się nie powtórzy,  
nie ma dwóch podobnych nocy,  
dwóch tych samych pocałunków,  
dwóch jednakich spojrzeń w oczy.  
 
Wczoraj, kiedy twoje imię  
ktoś wymówił przy mnie głośno,  
tak mi było, jakby róża  
przez otwarte wpadła okno.  
 
Dziś, kiedy jesteśmy razem,  
odwróciłam twarz ku ścianie.  
Róża? Jak wygląda róża?  
Czy to kwiat? A może kamień?  
 
Czemu ty się, zła godzino,  
z niepotrzebnym mieszasz lękiem?  
Jesteś – a więc musisz minąć.  
Miniesz – a więc to jest piękne.  
 
Uśmiechnięci, współobjęci  
spróbujemy szukać zgody,  
choć różnimy się od siebie  
jak dwie krople czystej wody.  


malina przeczytala mi go przez telefon. bardzo sie wzruszylam. w piatek powtorzyla go kilka razy a w sobote dostala szostke z gwiazdka. robie ten wpis sobie ku pamieci, zeby poklepac sie po ramieniu. mysle, ze malina ma swietna pamiec i to jest jej talent, ktory tak zwyczajnie ma, bez wiekszego mojego wplywu. jednak kiedy dzis zobaczylam ten filmik: http://mamatatatablet.pl/ pomyslalam, ze jednak troche w tym naszej zaslugi, ze malinie tak lekko idzie w szkole. fakt, ze film poleca nieuzywanie tabletu przez dzieci 0-2 lat bardzo mnie rozczarowal. taki fajny film a taki glupi na koniec. albo chodzi o wychowywanie dziecka albo nie.

 

 

 

 

sie zmieniam.

 

na ostatnie party zalozylam czarny plaszcz ostro wciety w pasie, czarna bluzke, czarne spodnie przed kostke, czarne buty i ostro kolorowe sparpetki, ktore mialy wystawac z przykrotkich spodni. efekt wyszedl taki sobie, bo spodnie mi sie ciagle zsuwaly, wiec nie bylo widac skarpetek! to taki dodatkowy efekt diety bezglutenowej. nie chudne jakos spektakularnie, tylko powolutku. jem same smaczne rzeczy i nigdy nie jestem glodna.

ale nie tylko to mnie cieszy. w sobote lecialam wielgachnym samolotem (na polnocy niemiec zaczely sie ferie i lotnisko zapelnilo sie dziecmi. juz dawno nie mialam do czynienia z taka iloscia malych dzieci i widze, ze kurcze nic sie nie zmienilo! niemieckie mamy nadal nie wycieraja dzieciom nosow. bleee) i rzucalo nami tak ze stewardesy rozdaly tylko slodkie batoniki i zrezygnowaly z podawania napojow. myslicie ze sie nie balam? balam sie! nie jakos tak panicznie jak zwykle, ze nie moglam oddychac, tylko jak kazdy chyba w czasie turbulencji. jestem ta reakcja zdziwiona i zaskoczona.

spotkalam ostatnio kogos kogo dawno nie widzialam i poszlismy na kawe. ja prosze kawe z mlekiem sojowym, on tez.

 – o! sojowe mleko? smakuje ci, czy poddajesz sie modzie? – pytam wesolo. jako odpowiedz dostaje krotka historie jego choroby, burn out, depresja, lekarstwa na chora dusze. dwa lata temu dostal sie w rece lekarza, ktory obiecal mu wyzwolenie od depresantow, ale musi zrezygnowac z produktow mlecznych i glutenu. nie od razu, ale udalo sie. bral coraz slabsze leki, teraz nie bierze zadnych. czuje sie dobrze, pracuje, rodzina odetchnela ale przede wszystkim odechnal on.

moze to wszystko zbiegi okolicznosci. nie wiem. czuje, ze sie zmieniam.