czy wiesz, jakim jesteś cudem?

 

pamietam dyskuse na roznych forach o zachwycaniu sie wlasnym dzieckiem, o chwaleniu i podziwianiu i o tym ze matki przesadzaja i rozpieszczaja. nigdy sie takimi opiniami nie przejmowalam i odkad malina jest, jestem nia niezmiennie zachwycona i czesto daje temu wyraz. a dzis wpadlam na dziecisawazne.pl na taki artykul pod ktorym moglabym sie podpisac obiema rekami.

 

(…)Zamiast dążyć do zdobywania przez nasze dzieci kolejnych umiejętności, powinniśmy raczej skupić się na wzbudzeniu w nich poczucia, że są wyjątkowe. To wymaga nawiązania głębszej relacji, ale daje niesamowite rezultaty. Takie dzieci są z siebie zawsze zadowolone, same chcą rozwijać swoje zainteresowania, uczą się z zapałem rzeczy, które naprawdę je interesują. Zapewnienie poczucia bycia wyjątkowym jest lepszym kapitałem na przyszłość niż notoryczne ustawianie się w kolejce do kolejnych konkursów.(…)

(…) Okazuje się, że najcenniejszy dar, jaki jesteśmy w stanie wnieść do rozwoju naszego dziecka, to miłość i wsparcie, które możemy dać mu w dzieciństwie. Sukces nie jest zapisany w genach, zależy od życiowych doświadczeń. I to właśnie my, rodzice, mamy ogromny wpływ na to, jak potoczy się przyszłe życie naszego dziecka. Nie ma szczęściarzy i pechowców. Są ludzie, którzy wierzą w swoje możliwości, i ci, którym tej wiary brak.

caly artykul tu: http://dziecisawazne.pl/naprawde-rozwijaja-sie-talenty-czyli-o-milosci-akceptacji/

 

jak widze jak malina daje sobie rade w szkole, w kontaktach, jak radzi sobie z konfliktami, z publicznymi wystepami, z niepowodzeniami, no i z nami (niestety trudnymi rodzicami) to mam ochote powiedziec wszystkim mamom: podziwiajcie swoje dzieci codziennie i oficjalnie. szczerze i serdecznie. lepszego kapitalu na zycie nie ma.

moja ulubiona mama fabularna to mama forresta gumpa.

 

moje czytanie

 

na fb widze ciagle jakies akcje w stylu „przeczytalam 53 ksiazki”, albo 15, albo iles tam ksiazek. moja tesciowa czyta ksiazki nalogowo, ale nie ma ani jednej ksiazki w domu, co 2 tygodnie przynosi z biblioteki 4-5 ksiazek i po dwoch tygodniach, przeczytane od deski do deski, wymienia na nowe, jak posciel lub reczniki. a ja w roku 2015 nie przeczytalam ani jednej ksiazki. kilka zaczelam, ale nie dalam rady skonczyc. w tym roku dobrnelam do konca „wer die nachtigall stört” i zobaczymy jak sie moje czytelnicze losy potocza dalej. moja glowa pelna jest mysli i zamyslen. czytane opowiesci mnie nudza albo mecza albo w ogole jestem taka zmeczona, ze zasypiam. moj dom jest pelen ksiazek, ale nie ma na nie miejsca w moim zyciu.

 

 

 

cisza.

 

na dlugie loty maz kupil sobie sluchawki wyciszajace. jest zachwycony i od roku sluchawki sa najwyzniejsza czescia jego bagazu podrecznego. myslalam, ze to taki tam sobie gadzet, ale jak mezowi pomaga to czemu nie. wczoraj z ciekawosci zalozylam je sobie na uszy i… znalazlam sie w innym swiecie. cisza. ulga. spokoj. z wielka poducha zawislam na hamaku otulona cisza jak puchem. malina miala kolezanke z wizyta, maz wyskoczyl na runde motorem dookola jeziora. a ja ze swoja cisza spedzilam fantastyczne dwie godziny.

co wieczor obiecuje sobie, ze przestane czytac wiadomosci. i polskie i niemieckie. powinnam sobie chyba zalozyc jakas specjalna blokade, wiadomosci i komentarze (tych w ogole nie powinno sie czytac) zabieraja mi duzo dobrej energii. potrzebna mi taka sfera wolna od wiadomosci jak czas w absolutnej ciszy, swiat zredukowany do obrazu, bez przekazu.

 

 

 

malina.

 

5 cm mniejsza niz ja, but o numer wiekszy. moja corka. nie mialam czasu sprawdzic jej referatu na angielski. myslalam, ze malina pokaze mi swoja wersje, zobaczymy co sobie napisala i poszukamy jakichs dodatkowych materialow po angielsku w internecie, slowek, zwrotow, napiszemy jakies kluczowe zdania, pocwiczymy wymowe. zawalona projektami dopiero wczoraj zapytalam o ten referat, ale jak tu cos poprawiac jak malina ma go wyglosic nastepnego dnia. no trudno. zobaczymy najpierw co mamy. malina stanela w kuchni z kartonikiem na ktorym widnialo 6 puktow – stacji do omowienia. bez zajakniecia wyglosila po angielsku 5 minutowy referat o flamenco. w internecie sprawdzilam tylko jak sie wymawia „kastaniety” i juz. w tym roku konczymy 9-letnia przygode z polska szkolka. po wakacjach malinie dochodzi w szkole francuski. postanowilysmy wiecej mowic w domu po polsku a za to zafundowac sobie przyjemne soboty z dlugim spaniem, zamiast porannych 40 minut w drodze do polskiej szkoly i siedzenia tam do 16:00.

ten rok zamyka wazny etap w naszym zyciu.

 

 

kwiecien.

 

wczoraj posypalo tu sniegiem jak w styczniu. w nocy temperatura spadla ponizej zera. tylko o jeden stopien ale jednak. ogrod bialy jak na boze narodzenie. dzis jest 7 stopni i snieg stopnial. myslalam, ze wszystko zmarnialo i zamarzlo. a tu jablonki kwitna jak kwitly, bez tak samo a roze to nawet jakies takie zielensze?

czlowiek nigdy nie dorowna naturze. nie zrozumie jej cudu.

chodze dzis po zupelnie niezniszczonym ogrodzie i czerpie z niego sile i wiare.

 

 

 

home office

 

zeby mi sie nie nudzilo w czasie dlugiej i nudnej tele-konferencji, wzielam sie za obieranie ziemniakow ze sluchawkami na uszach. tak sie jednak wsluchalam w rozmowe, ze nagle ziemniaki sie skonczyly, wiec obralam szparagi. tez sie nagle skonczyly. rozmowa tez sie skonczyla i wtedy do kuchni wkracza maz:

 – robimy frytki?

z rozpedu obralam 3 kilo ziemniakow i prawie kilogram szparagow. nawet nie wiem kiedy.

 

 

 

 

 

malinowy lekarz

 

no wiec poszedl tatus z malina do lekarza. lekarz maline zobaczyl, powiedzial, ze taki wiosenny czas i ze wszystkie dzieci choruja, przepisal trzydniowy antybiotyk i wyslal do lozka.

to ja kurcze nie daje dziecku lekarstawa na zbicie goraczki a ten ja zaraz antybiotykiem traktuje? zapakowalismy maline w samochod i pojechalismy do naszeg bylego lekarza (z czasow mieszkania w chatce). przez korki i odleglosc spedzilismy w jedna strone poltorej godziny w samochodzie i tylez zajal nam powrot. ale chyba oplacalo sie, lekarz przebadal malinie pluca (test z oddychaniem przed i po inhalacji), pobral krew, ktora wykazala, ze chodzi o wirus i zaden antybiotyk nie pomoze. tak wiec dzis malina lezy w lozku i jej glownym zadaniem jest odpoczynek.

co lekarz to diagnoza.

 

 

zmeczenie.

 

odkad malina poszla do szkoly przestala chorowac. jakis tam dwudniowy katar i juz. jak wiec wczoraj wrocila ze szkoly blada i z zalzawionymi oczami, wpadlam troche w panike. niby nic, dzieci rzeciez choruja od czasu do czasu, ale niestety malinowy kaszel wywoluje we mnie zapomniany strach i boli jak styropian po szybie. wczoraj w nocy malina miala 40 stopni goraczki a maz z byl w stuttgarcie. cala noc siedzialam i zmienialam jej kompresy, na nozki kladlam termofor z zimna woda. co opadalam z sil i niemal zsypaialam, malina majaczyla w goraczce i to stawialo mnie natychmiast do pionu. zmienialam zimny kompres i od nowa czytalam co ma w sobie lekarstwo na obnizenie goraczki. ta karteczka znow stawiala mnei do pionu. sama siebie zadziwilam, ze o po 2 godzinnym snie o swicie, wstalam zeska i gotowa do pracy. malina wyspana, blada, bez goraczki i silna. zrobilam jej kapiel, zmienilam posciel i pizame. takie dbanie o dziecko daze duzo energii. ciesze sie, ze dalysmy rade bez tabletek ufajac magicznej mocy goraczki. do 15:00 pracowalam jakby nigdy nic. kolo 15:00 telefonowalam jak zwykle maszerujac po domu. pod koniec rozmowy przysiadlam na sofie. skonczylam rozmowe. przechylilam sie w strone poduszki, pomyslalam, ze ogrod ladnie wyglada z tej perspektywy i nie wiadomo kiedy zasnelam jak susel. na szczecie kolo 16:oo zadzwonil maz i uratowal mnie przez zaspaniem na telefoniczna konferencje. o boze jaka jestem zmeczona a konca dnia nie widac. wszyscy na raz czegos chca.

 

duzo lepiej.

 

drugi miesiac bezglutenowo i bez mleka schudlam, mam wiecej energii, przestaly mi wypadac wlosy, mam dobry humor, polecialam do portugalii i nawet w drodze powrotnej w rozklekotanym samolocie linii TAP nie mialam ani jednego ataku paniki. nie jest mi juz zimno, nie ciagnie mnie skora wokol oczu, mam ochote na sacery, sport i sile na czytanie ksiazki poznym wieczorem. wszystko poprawilo mi sie na dobre. na bardzo dobre! a jak mi sie pracowac nie chcialo tak nie chce…

 

22.

 

kiedy ogladamy jakis film o pieknej milosci, o przyjazni, o szczesciu, z jakas romantyczna scena rzucamy sobie porozumiewawcze spojrzenie: pieknie, ale co oni tam wiedza… ciagle wydaje nam sie, ze wygralismy los na loterii, ze przytrafilismy sie sobie jak slepej kurze ziarno, jak jestesmy jak garnek z pasujaca przykrywka, jak plus i minus, nie mozemy bez siebie zyc jak ogien bez powietrza, jak roslina bez slonca, ciagle wydaje sie nam, ze to sie dopiero co zaczelo i nie do wiary, ze to juz 22 lata.

w sobote malina uraczyla nas domowym sushi, w niedziele swietowalismy we dwoje na tarasie w slocu i liczylismy kiedy byl nasz cywilny slub: 5 czy 7 dni przed koscielnym? w sumie powinnismy swietowac slub cywilny, ktory byl dniem smiechu, radosci, swietnej zabawy i party do rana w moim maciupkim mieszkanku w warszawie. dzien slubu koscielnego byl pelen porazek, wiekszych i mniejszych katastrof i choc dzis swietnie sie to opowiada, to jednak nie bylo tak nam wtedy tak wesolo jak to sie dzis z perpektywy 22 lat wydaje.