od jutra wakacje.

jak co roku dzien przed swiadectwami i zakonczeniem roku, mielismy dzis letni festyn. kebaby, kielbasy, napoje, chor, pokazy akrobacji, mecz pilki noznej z nauczycielami ale przede wszystkim socjalne kontakty rodzicielskie. zawsze lekka panika, bo poza mama malinowej przyjaciolki nie kojarze prawie nikogo, wiec dokladnie wsluchuje sie w narracje, zeby jak najszybciej zalapac z czyim rodzicem wlasnie rozmawiam. maz nerwowo usmiecha sie na wszelki wypadek do wszystkich, serwuje kawe i napitki i niecierpliwie czeka na zakonczenie imprezy – nie znosi takich zlotow.

pani od matematyki wrecza mi zaproszenie na spotkanie dla matematycznie utalentowanych dzieci. zaraz na poczatku roku, zalecia raz w tygodniu oplacane przez ministerstwo, cala szkola dostala 10 zaproszen. potem podchodzi do nas pani od instrumentow i pyta czy jestesmy malinowymi rodzicami. jestesmy. ona by chciala zeby malina przejela klawisze w jazzbandzie, bo klawiszowiec zrobil mature i po wakacjach juz go nie bedzie a tu slyszy, ze malina skonczy z lekcjami gry na pianinie. no skonczy. pani robi wyklad o malinowych zdolnosciach a my obiecujemy, ze sie zastanowimy.

wracamy do domu. maz otwiera specjalne wino (smakuje gorzej niz nasze ulubione zwyczajne, choc wyciagamy specjalne kieliszki), malina dostaje piekna ksiazke w prezencie i obgadujemy wszystkich: i rodzicow i dzieci, ktorych dzis spotkalismy. wesolo.

jutro swiadectwa. odbieramy maline prosto ze szkoly, maz wiezie nas na lotnisko i lecimy do hamburga. weekend jest – we dwie – nasz a potem malina troche „poprodukuje” u mnie w pracy. mimo, ze wakacyjne plany ma bardzo bogate, to to jest chyba jej ulubiony punkt programu. w biurze tez juz sie na nia ciesza.

pisalam tu juz o lekkim pekaniu z dumy? no dzis znow tak mamy. sorry i dobranoc.

 

 

 

 

 

 

 

recepta na przyjemna rodzine.

 

na fb czytalam dzis o „regretting motherhood” i tak sie zastanowilam nad nami. w oko wpadl mi watek o poswiecaniu sie. ja sie dla maliny nie poswiecam i w ogole w naszym – maz, malina i ja –  rodzinnym zyciu nie ma poswiecania. jestesmy niezlymi egoistami.

 

 

krotko przed wakacjami.

poszlysmy wczoraj z malina cos waznego zalatwic. potem wstapilysmy do sklepu, gdzie akurat byly obnizki i kupilysmy sobie po sukience. w drodze do domu opowiadalysmy sobie kawaly. kolacje imieninowa przygotowal maz i malina bez mrugniecia okiem wszystko skonsumowala, mimo, ze to nie jej bajka. wystroilysmy sie w te nowe kiecki, deser na tarasie i dobranoc. tak sobie potem siedzielismy z mezem i z przyjemnoscia umieralismy z dumy. za dwa dni koniec szkoly. na swiadectwie same sukcesy. w niedziele zakonczyly sie lokalne regaty. malina wygrala je tak, ze przez chwile mdlalam z lornetka: o matko, ona plynie chyba w zla strone??? wszyscy sa gdzie indziej!!! ale potem wypatrzylam lornetka jej trenera na motorowce, byl pol metra wyzszy z dumy niz normalnie. po dwoch rundach, malina plynela do portu, kiedy reszta zawodnikow byla w 3/4 drogi. myslalam, ze to bylo szczescie i pomyslny wiatr, ale trener potem tylko krecil glowa na te moja zeglarska niewiedze. malina dobrze wyczula wiatr i jej strategia „wielkich zakretow” przyniosla jej sukces. w ogolnej letniej klasyfikacji zajela drugie miejsce. pozwolilam jej na wakacje pofarbowac koncowki wlosow na turkusowo. trzy lata temu miala trzy fioletowe pasemka, dwa lata temu dwa zielone a zima czerwone koncowki (tylko na narty, zmylo sie po 4 razach). musimy szukac fryzjera, ktory ma ten wymarzony kolor.

swiat moglby byc taki piekny, ale nie jest.

 

 

perseidy

 

wisze na hamaku. noc czarna. wschodzi ksiezyc i rozswietla wszystkie gwiazdy. pieknie. marze sobie jedno marzenie. i w tym momencie widze spadajaca gwiazde. jednoczesnie. czy to znak? to musi byc znak. to nie moze byc przypadek. pieknie. pieknie. pieknie.

a dokladnie nastepnego dnia przychodzi wiadomosc, ze moje marzenie moge sobie… dalej marzyc.

amen.

zamyslenie.

 

roze przekiwitly, hibiskus szykuje sie z paczkami, winogrona rozrosly sie w zielony parawan. slonce zachodzi, ksiezyc w pelni, swietliki. malina nurkuje, maz drzemie, pachnie ogniskiem, koniki polne koncertuja. nosze ze soba ksiazke na werande, na pomost, na balkon i nie czytam. przygladam sie swiatu i mam nadzieje, ze swiat nas przezyje.

 

 

malina na obozie.

 

dzis skoro swit czyli o 6 rano siedzimy w samochodzie i wieziemy maline na poranny odjazd na wycieczke sportowo-szkolna do wloch. te 30 minut straram sie wykorzystac na skrocony lekcje zachowania na wycieczece, w grupie szkolnej, zagranica i w ogole. kiedy dochodze do punktu, ze nie trzeba sie wstydzic – jakby sie cos dzialo – prosic o pomoc nauczycieli i w razie czasu wolnego w miescie zawsze trzymac sie w grupie przynjamniej 2 osobowej, chce ie wlasnie ugryzc w jezyk i umieram ze wstydu przed mezem… ale akurat, kiedy przerywam na krotki oddech, maz dodaje:

 – i jakby nagle ktos zatrzymal samochod i powiedzial: szybko wsiadajcie podwioze was do obozu albo, ze jest od waszej nauczycielki i ona prosila o podwiezienie…

aha. to jednak nie ja jedyna jestem w strachu.

 

 

na miejscu totalne podniecenie, pakowanie bagazy do autobusu, jeszcze szybko siusiu, jeszcze ostatnie zbiorowe zdjecie pod autobusem i hooops – wszystkie dzieci w srodku, walizki w bagazniku. i my rodzice sami na parkingu. na to jedna z mam wyciaga telefon i wola:

 – no dobra, teraz my sie fotografujemy!

ustawilismy sie do zdjecia, druga linia doprawila rozki tym z pierwszego rzedu, rodzice zaczeli recytowac jakis smieszny wierszyk prowokujacy do smiechu do kamery (pelen sprosnych slowek) i najlepszy z tego wszystkiego byly… miny naszych dzieci siedziacych w autobusie zdziwionych nasza „wesola histeria”… rodzice na wolnosci!

 

 

 

czarny humor

 

czytam o klopotach ikei przez komode, ktora upadla na dziecko.

czy mozna tez zaskarzyc do sadu ogodnika, ktory zasadzil nam w ogrodzie drzewo i malina z tego drzewa spadla? czy jednak nie da sie tego porownac?

 

 

 

kto wie lepiej?

 

pod wpisem o myciu owocow tyle komentarzy. to sa takie tematy, gdzie kazdy ma swoja, jedynie sluszna prawde. do tej kategorii naleza wszelkie diety, sposoby na wychowanie dzieci, porod, karmienie piersia, usuwanie ciazy i eutanazja. odkad odzywiam sie bezglutenowo i bezmlecznie – to juz piaty miesiac – czuje sie swietnie, schudlam, mam lepszy nastroj (nie liczac ostatnich trzech dni:-), ale wiele osob wokol mnie poczulo misje przywrocenia mnie na wlasciwa droge, bo zbladzilam:

 – to tylko taka moda. glupia moda.

 – bez mleka pozbawiasz sie wapnia, jeszcze pozalujesz!

 – ale masz stres, jak sobie dajesz rade w restauracji? okropne, co?

 – jak nie jestes chora, to po co ci to?

 – bez chleba? kto to slyszal!

 – lepiej zrezygnuj z miesa, to sobie dobrze zrobisz a nie tam takie glupoty.

nikomu, nawet mezowi i malinie, nie narzucam sie z ta dieta, nikogo nie nawracam, nikogo nie przekonuje. nawet nie wiem jak przekonywac, bo cala teoretyczna oprawe poznalam tylko powierzchownie i brak mi sensownych argumentow w dyskusji. jak zawsze jednak zadziwia mnie energia z jaka ludzie zajmuja sie stylem zycia innych ludzi i jak bardzo przekonani sa o slusznosci swoich decyzji.

 

na fb wsrod znajomych mam wlascicielke sklepu z meblami. zaczela od malenkiego sklepiku tu niedaleko nas na wsi, potem przeniosla sie do hamburga i tam tez z malego sklepiku w bocznej ulicy przeniosla sie do duzego i teraz otwiera drugi – znaczy sie ludzie lubia jej meble i ten styl. a styl jest  – no nie wiem jak to nazwac – taki warsztatowo-fabryczny. stare zardzewiale lampy, metalowe szafy i regaly pani lekko odnawia i sprzedaje za badzo, badzo wysokie sumy pieniedzy. chcialam sobie u niej strzelic taka przyrdzewiala lampe nad wanne w mojej czarno bialej lazience, ale jak sie dowiedzialam ile kosztuje zrezygnowalam, bo co wieczor, lezac w wannie zamaist sie relaksowac musialabym sie zastanawiac nad wlasna rozrzutnoscia. lampe kupilam w manufactum za 1/10 ceny (powaznie!) i moge sie spokojnie kapac. ale czemu o tym wspominam… otoz na fb ta pani skrytykowala mode na biale meble vintage, ogrodowe staromodne zelazne krzesla i ogolnie styl landhaus. i jaka tam sie rozpetala dyskusja! dobrze, ze tylko wirtualna, bo w realu dyskutujacy pewnie zlapaliby za krzesla eames, zelazne taborety, biale komodki oraz pledy w rozyczki i zaczeliby sie nimi okladac do krwi ostatniej! a i tak nikt nikogo by nie przekonal.

i tak jest ze wszystkim: jedzenie, wychowanie, stroj, religia. jaki swiat bylby piekny, gdyby ludzie cieszyli sie swoim zyciem i nie „naprawiali” reszty.

 

 

 

 

 

 

myc czy nie myc. oto jest pytanie.

 

odkad tylko pamietam myje owoce i warzywa. wszystkie. nawet maliny, choc one nie lubia wody – wola wygrzane sloncem wskakiwac prosto do ust. myje ogorki, chociaz potem obieram je ze skorki, myje kiwi, i tez obieram je ze skorki. tak samo pomarancze, cytryny, awokado… ziemniakow nie myje, ale myje je po obraniu ze skorki, jablka, gruszki i banany. banany??? – spyta ktos. ktos? kazdy! odkad malina zostala ostentacyjnie wysmiana przez moja teciowa, ktora przylapala ja na… myciu banana, zwrocilam uwage, ze bananow nikt nie myje. w biurze, co mnie ktos widzi z bananen przy umywalce, dziwi sie i pyta: myjesz banany?!!!

no myje.

 

(i nadal bede myc!)

 

a wy?

 

 

 

malinowe party

 

od lat nie kupujemy sobie w dlaszej rodzinie prezentow i bardzo to sobie chwale. nie wiem jak teraz jest w polsce, ale w niemczech – ale moze to tylko w naszej rodzinie? – ludzie zyja w panicznym strachu, ze moga kupic niewlasciwy prezent. jak juz sie na cos zdecyduja to wraz z 4 alternatywami prezentuja ten pomysl kazdemu, nawet temu, kto ma zostac obdarowany. konsultacja na najwyzszym poziomie. pod choinke w tym roku malina dostala dwa swetry desigual i… na wszelki wypadek rachunek, zeby je mogla sobie w sklepie wymienic gdyby jej sie nie podobaly. strasznie mi sie to nie podoba, ale nic nie mowie. malinie tlumacze tylko dlaczego uwazam, ze to okropne.

za miesiac malina bedzie konfirmowana i cala rodzina przysyla mi strony internetowe z bizuteria i ciuchami zebym wybrala prezenty. ludzie! ja sama nie wiem co, malina tez nie wie, w sumie, nie chce nic. normalnie nie moge sie tak calkowicie cieszyc na to wielkie garden party, bo glownie sie wkurzam. ludzie kupcie srebrne serduszko na lancuszku i czesc! serduszko jest zawsze w porzadku.

postanowilismy tez odswiezyc dom i doprowadzic taras do jakiegos ludzkiego wygladu. taras i schody wyremontuja specjalisci ale sciany maz postanowil pomalowac osobiscie. przedwczoraj pojechalysmy z malina na basen a maz oklejal salon zeby pomalowac poszarzale sciany na bialo. taki malarz z niego, ze sciany piekne, sufit piekny, ale rano nie mogl wstac z lozka, bo go w plecach polamalo. do reszty scian przyjda jednak panowie. mezowi troche popsulo to humor, ale powiedzialam, ze moze pomalowac brame wjazdowa, wiec znow moze sie kreatywnie i malowniczo wyzyc!

na swoje swieto malina bedzie wystrojona w dirnd, wiec szukamy nowego. jeju, jakie cuda!!! a jakie ceny. zachwycony tatus wzrusza tylko ramionami i powtarza, ze kurcze jedno dziecko mamy i tylko ja mam resztke jakiegos rozsadku i wyprowadzam cale towarzystwo ze sklepu.

 

ogrod natomiast zupelnie bezplatnie „puchnie” w oczach zielenia. od kilku dni pada i wszystko rosnie jak na drozdzach.

bedzie pieknie.