pobudka.

 

jestem dziwnym stworzeniem. klucze wsrod maili, przesluchuje zostawione wiadomosci, znudzona wisze na godzinnych telefonicznych konferencjach. nie mam sily na te prace. pewnie za dlugo sie tym juz zajmuje. az tu nagle wali sie polowa ustalonych systemow, ktos rzuca prace, ktos konczy wspolprace, ktos potrzebuje wielkiej prezentacji na wczoraj, skacze mi ciesnienie i nagle znow mi sie chce, kazda katastrofa jest nowym miejscem na nowa konstrukcje. czuje sie jakbym sie obudzila po dwoch tygodniach podsypiania. od czasu do czasu potrzebuje pobudki, inaczej popadam w letarg. nagle w ciagu godziny zlatwilam wiecej spraw niz czasem w pol dnia.

 

 

 

 

aniolek, fiolek, roza, malina.

 

taki mam zwyczaj, ze jak malina ma jakas wieksza klasowke to wkladam jej do sniadania do szkoly karteczke i magicznymi zyczeniami i jakas biedronke z czekolady, marcepanowa koniczynke albo albo tylko zyczenia powodzenia. noc przed wyjazdem na wyspe kiedy juz wszystko bylo spakowane, uchylilam suwak walizki i wsunelam pod recznik malutkiego galgankowego aniolka stroza zeby sie nia opiekowal z mini-ksiazeczka i kartka pelna serduszek i przypomnien o pryskaniu sie przeciw komarom i kleszczom, myciu zabkow, smarowaniu sie na slonce i z zyczeniami pieknych ferii. malina po otworzeniu torby znalazla aniolka i liscik. kolezanki na to: oooo wie süüüüüsss…

dlatego malina ani nie spodziewala sie listu od nas, bo nas zna i dlatego czula sie zobligowana do napisania kartek (dwie!!!) do domu.

aniolek opiekowal malina tak dobrze, ze nie tylko swietnie sie bawila, ale tez zakochala sie po uszy. i masz babo placek!

po powrocie do domu posadzilam ja na tarasie, do wiadra nasypalam persil, nalalam goracej wody i malina godzine moczyla nogi, bo za nic nie mogla ich domyc. pieknie opalona, jakas taka wesola, szczesliwa… nastepnego dnia spedzilismy piekny weekend nad jeziorem bodenskim a ten tydzien malina codziennie od 10 do 17:00 zegluje w swoim klubie. wraca, zjada – mimo swietnych posilkow jakie maja na zaglowkach – wielka kolacje i nie ma nawet sily na poczytanie przed spaniem.

 

zakochana malina to jest zupelnie nowy rozdzial w naszej historii. patrze z boku i sie troche zachwycam a troche nie wiem co robic. maz tak samo.

 

za tydzien szkola!

 

 

 

in den sauren apfel beißen

 

niemcy maja takie powiedzenie: ugryzc kwasne jablko.

to powiedzenie dokladnie oddaje cala sytuacje do ktorej sie zwykle odnosi. zanim sie to jablko ugryzie to sie dokladnie wie jak bedzie: kwasno! kwasno, ze az ciarki przechodza! nie umiera sie od tego, ale bleeeee… ale jak trzeba to trzeba. zawodowo zebralo mi sie kilka takich jablek, ktore od przekladania z miejsca na miejsce nie zrobily sie slodkie. wlasnie mam za soba jeden telefon, teraz zbieram sie za mail. chce wszystkie nieprzyjemne sprawy zalatwic przed weekendem.

brrrrrr!!!!

 

ps: za to wieczorem wraca malina.:-)

 

 

dzienniki

 

dzis w nocy obudzilam sie i… pomyslalam o dziennikowych wpisach o malinie. tam jest kawalek malinowego zycia a ja tych wpisow nie zabezpieczylam. nawet nie wiem czy dzienniki jeszcze istnieja. rano wstalam, zagladam, sa! za nic nie moglam sie zalogowac, bo link dzieki ktoremu mozna stworzyc nowy kluczyk, idzie na adres firmy w ktorej nie pracuje juz od lat. poranna intelektualna joga i… przypomnialam sobie haslo, weszlam na swoj dziennik i wszystko jest. wpisy o malinie, ktora ma dwa latka, krolewka, ktora nie chce sie malinie przysnic, maz doskonaly, buraczki, o tym, z w warszawie zawsze wygladam lepiej niz w niemczech. wzruszylam sie jak nie wiem.

 

jak sobie wychowasz, tak masz.

jeszcze nigdy nasza skrzynka pocztowa nie cieszyla sie takim zainteresowaniem. maz oglade ja od storny adresata, ale tez sprawdza strone listonosza. na koniec chodzi kolo bramy i przyglada sie krzakom, bo moze malinowa kartka wypadla listonoszowi z torby, gdzies sie zaplatala, wysunela sie ze skrzynki na listy. kto wie.

no tak. nie ma zadnej kartki. skad malina ma miec dobry przyklad? w zyciu nikomu nie wyslalismy kartki, jakies pojedyncze przypadki sie nie licza i nie maja zadnego wplywu na wychowanie dziecka. rytualy, tradycja. tak sobie maline wychowalismy i masz babo placek.

dzis sprawdzilam sytuacje u rodzicow malinowych kolezanek. jedna mama tylko sie smieje: n a p r a w d e  mysleliscie, ze one cos z tej wyspy napisza? tam nie ma czasu na pisanie! i przy tej pogodzie? no co wy!

druga powiedziala, ze tez nic, ale ze to jest dobry znak.

tylko my tacy wrazliwi. kurcze.

az tu nagle popoludniu, ot tak jakby nigdy nic, przyszedl listonosz i wrzucil kartke do skrzynki i poszedl dalej. polecialam, otworzylam i…. tak tak! jest!

jakie to szczescie, ze nasze okropne wychowanie nie ma wplywu na to cudowne dziecko. napisala kartke drobnym maczkiem. o jeju, no!!!

 

(tatus mial po drodze zrobic zakupy, ale jak sie dowiedzial o kartce przyjechal prosto do domu.)

 

 

 

 

 

malinowy lapis lazuri.

 

krotko przed wakacjami malina dostala zaproszenie na super party. wielka radosc, ale zaraz sie okazalo, ze to akurat ten tydzien, kiedy jestesmy w hamburgu a wszystko oplacone: i samolot i hotel. malina strasznie cieszyla sie na hamburg ale tez zrobilo jej sie smutno z powodu tego przyjecia, ktore musialo przepasc. w koncu do wieczora jakos przebolala i poszla spac. sprawdzilam zmiane rezerwacji – niestety koszta bylyby niewspolmierne do sprawy. poszlam na gore i czuje, ze malina nie spi, wiec usiadlam na brzegu lozka i tak sobie cos tam jeszcze szeptaysmy jak swietnie bedzie w hamburgu i powiedzialam jej zeby cos wymyslila na pocieszenie. cos zwariowanego! i malina wyczula chyba, ze to jest ten moment:

 – mamusiu, cos zwariowanego to ja wiem bez zastanowienia.

 – tak? a co?

 – chcialabym zafarbowac na niebiesko wlosy. lapis lazuri. niebiesko.

ja mialam na mysli jakies wariactwo jak lody na sniadanie albo co… ale wlosy? ale zachcialo mi sie byc matka wyjatkowa:

 – ale tylko koncoweczki, tak?

 – tak. – malina dobija targu szybko, bo zbedne dyskusje moglyby jej pokrzyzowac plany.

uzgodnilysmy, ze tylko koncowki (dla mnie koncowki maja 2 cm) i jak nie zejdzie w ciagu wakacji to niebieska czesc obetniemy z poczatkiem roku szkolnego.

w hamburgu malina wydoroslala o kilka lat, sama jezdzila metrem na zajecia ze sztuki i do mojego biura i postanowilam dotrzymac slowa z tymi wlosami. zadanie okazalo sie nielatwe, bo w niemczech fryzjerzy nie chca farbowac wlosow ludziom do 16 roku zycia, nawet jak obok stoi matka i oficjalnie pozwala. kolezanki w pracy znalazly mi jednak niedaleko biura kultowago fryzjera – caly wytatuowny od grzywki po piety podobnie jak zatrudniona u niego fryzjerka, ktora zajela sie malina. wszyscy czekalismy w biurze z zapartym tchem. pozwolilam na wiecej niz koncoweczki, bo juz tyle bylo tego zachodu z szukaniem fryzjera. po trzech godzinach, malina wrocila taka:

 

 

wyglada to genialnie i wlasnie moja biurowa kolezanka tez sobie sprawila taki kolor.

a ja jestem fantastyczna, odlotowa mama. nazbieralam tyle punktow, ze moge sie zloscic na balagan w malinowym pokoju do bozego narodzenia:-)

 

 

 

 

 

tesknienie malinowe.

 

zaraz ide sluzbowo na wielkie party. pogoda super, mam fajna kiecke i po wakacjach zlotawy odcien. ale jakos kurcze nie wiem… no tesknie. zadzwonilam do meza. on tez teskni. gdzies tam na wyspie nasze malutkie dziecko, coreczka szaleje na resorach a my kurcze umieramy z tesknoty. jutro skoro swit wyruszam do domu. plany mam weekendowo-bogate. a wszystko zeby zagluszyc serce.

 

ps: maz sprawdzal dzis skrzynke na listy czy juz przyszedl jakis list:-)

 

wakacyjny maraton.

 

pojechalismy, wycisnelismy z dwoch tygodni co sie dalo, wrocilismy wczoraj wieczorem a dzis malina pojechala o 7 rano na 11-dniowy oboz. bez komorki, bez telefonu, z papierem listowym i kopertami. z latarka i emaliowymi dwoma talerzami, stalowym kubkiem. z kapelutkiem i poduszka.

chyba zwariujemy. maz zabiera mnie dzis na kolacje. na wszelki wypadek.