malinowy piatek.

 

poszlam dzis z malina kupowac buty, bo idzie z nami na impreze i ma wygladac jak czlowiek. buty znalazlysmy genialne. replay. panu tak sie spodobalysmy, ze wyciagnal jeszcze jedna pare podobne ale inne do ktorych malinie zaswiecily sie oczy jeszcze bardziej. kupilysmy wiec obie paryz. pierwsze dla mnie, drugie dla maliny. pan pakujac je do pieknych kartonow (portmonetke grzecznie schowalam do torby!) odpowiedzial na moje troche stroskane:

 – ale moze jednak troche za mlodziezowe?

 – nic podobnego. przeciez widze jakie pani nosi buty! no i jesli moge sobie pozwolic na szczerosc: te buty kupila niedawno taka pani juz nawet po 40 -ce, wiec… no sama pani rozumie!

moja piekna corka stuknela sie ze mna coca cola, ktora poczestowal nas sprzedawca. kazdy sie bez dalszych komentarzy ucieszyl mila sytuacja: pan zrobil dobry interes, ja uwierzylam w komplement a malina ma nowe buty.

 

wczoraj odbilam sie od dna. jestem wyczerpana ale szczesliwa. moj maz wlasnie w tym momencie zostaje czlonkiem anszego klubu zeglarskiego. po okresie probnym i listach polecajacych trzech czlonkow z ponad 10letnim czlonkowstwem! malina natomiast dostala statuetke najlepszej zeglarki naszego jeziora w kategorii laser. zaraz przyjada do domu. ja nie poszlam, bo padam na nos. pije bezglutenowe piwo i dziergam (zaispirowana habalem) zupelnie niepotrzebna mi poduszke z bialej welny. niepotrzebna ale bardzo piekna. moze nawet nie taka piekna i tak mi sie podoba.

 

 

 

 

nie wiadomo gdzie

 

zgubilam albo zostala okradziona. zniknela cala portmonetka: karta kredytowa, karta bankomatowa, dowod osobisty, prawo jazdy, rozne rachunki do rozliczenia, karta samochodowa. poprostu oszaleje zaraz.

 

——–

update:

zadzwonilam do buria rzeczy znalezionych w hamburgu. pol godziny czekania na przyjecie zgloszenia. zglaszam. opisuje portmomnetke, wyliczam zawartosc. forsa symbolicznie, ale jak zaczynam wyliczac dowod, karty ubezpieczeniowe to robi mi sie slabo.

biuro rzeczy znalezionych na lotnisku monachium – to samo.

biuro rzeczy znalezionych w hamburgu – to samo.

biuro rzeczy znalezionych w monachium – to samo

wszystko trwa strasznie dlugo, plakac mi sie chce, ale jedno trzeba przyznac: wszedzie strasznie mili ludzi, wspolczujacy impocoeszajacy, ze dokumenty bardzo czesto sie znajduja.

na wszelki wypadek przeczesuje jeszcze raz walizki, torby, samochod, garaz, regaly, pod soafa, pod fotelami, pod szafkami. nie ma.

 

zeby nie zglupiec z rozpaczy ide do ogrodu i chyba z tego zimna moj mozg spina sie, wypreza miesnie i kieruje mnie do kartonowej torby w piwnicy. w torbie leza trzy rulony plakatow, ktore dostalam w prezencie za zakup wielkiej koldry w sobote w miescie. sprzedajaca pani zapalkowala nam zakupy w tyle toreb, ze juz nie mialam sily chowac portmonetki do torby, tylko wrzucilam ja do kartonu, bo zaraz wsiadalam do samochou. i wlasnie ten moment przypomnial mi sie w ogrodzie dzis.

o boze jaka jestem zmeczona.

 

 

 

 

 

wczoraj bylo trudno.

 

wczoraj byl trudny dzien z tylu roznych powodow, ze nawet nie chce mi sie o nich pisac. godzina za godzina – same nieprzyjemne.

i nadeszla godzina 17:44. zadzwonil telefon. podnioslm sluchawke, choc wiedzialam, ze bedzie wkurzajaco, ale co robic, taka praca. no wiec zaczynam te rozmowe nieprzyjemna a o 17:45 dzwonek do drzwi. malina otwiera a ja widze, ze pani od fortepianu przyszla z psem. lubie psy, ale nie takie niespodziewane u mnie w domu. zeby nie dostac zawalu sercu pomachalam reka i poszlam na gore nadal telefonowac.

po trzech kwadransach lekcji udalo mi sie pokonac wrodzona uprzejmosc i powiedzialam pani, ze niestety pies na lekcjach fortepianu nie jest u nas mile widziany.

malina byla oszolomiona. powiedziala, ze jeszcze nigdy nie widziala mnie w takim stanie. myslala, ze pekne, wybuchne albo zaczne krzyczec! rutyna i dojrzaly wiek pozwolily mie jednak przetrwac. nie peklam.

 

 

 

 

malinowy komiks.

 

u nas to sie nazywalo plastyka czy zpt? juz nie wiem. generacja malinowa ma zajecia ze sztuki. w ciagu tych trzech lat powstaly naprawde piekne rzeczy, rysunki, obrazy, collage.

w tym semestrze zajmuja sie technika komiksu i maja przedstawic jakas scene z mitologii greckiej. wesolo czy tragicznie – jak kto chce. malina, ktora ma zawsze klopot z malowaniem/rysowniem oczu:

 – jedno oko wychodzi mi zawsze super, ale drugie prawie nigdy mi nie wchodzi…

postanowila zilustrowac scene z cyklopem.

 

 

 

malinowe jedyneczki.

 

czwarty tydzien szkoly po wakacjach. tydzien temu wielka klasowa z laciny. malina wrocila do domu wniebowzieta, ze bylo tak latwo, ze oddala po 20 minutach i reszte lekcji sie nudzila. z lekka sie wkurzylam na taka arogancje:

 – mam nadzieje, ze przynajmniej raz sprawdzilas co przeczytalas?

 – oczywiscie! – zapewnila malina i zaraz chyba pozalowala, ze mi to opowiedziala, bo widziala, ze mi sie to nie podoba.

dzis dzwoni do biura:

 – dostalismy sprawdziany z laciny. byla straszna afera. jeszcze nigdy srednia klasowa nie byla taka zla i pan m. sie strasznie zdenerwowal, ze sie nie uczymy. polowa klasy ma…6!

szostka to tutejsza pala i juz czuje, ze malina przygotowuje grunt na obrone zlej oceny, bo tydzen temu tak sie wychwalala…

 – na cala klase tylko jedna jedynka.

 – tak? a kto ja dostal?

 – ja.

o kurcze…

to 7 jedynka w tym roku szkolnym. i wiem, wiem, stopnie nie sa wazne. tak jak pieniadze nie sa wazne. ale przyjemnie je miec. tak?

 

 

 

specjalne zyczenia.

 

idziemy dzis z malina na babskie zakupy. buty jesienne oraz kurtki na narty. (ja jezdze w kurtce, ktora ma 25 lat i zacina jej sie suwak, malina ze swojej wyrosla).

maz daje nam ostatnie namaszczenie:

 – idzcie i cos kupcie, sknery jedne!

i dodaje:

 – moge miec jakies prywatne zyczenie?

 – a jakie?

 – no zebys sobie kupila jakies buty powyzej 10 centymetrow!!!

 

 

 

 

i jest spoko bitwa pod koniec.

 

w sobote, czyli pojutrze w malinowej sobotniej szkolce bedzie praca nad panem tadeuszem. poniewaz – mimo wielu niezwyklych talentow! – malina nie da rady do pojutra przeczytac chocby polowy tego wiekopomnego dziela, rzucilam sie na poszukiwanie streszczenia, filmu albo chociaz mp3 z recytacja holoubka albo przynajmniej zamachowskiego. niestety na razie nic nie znalazlam bo utknelam tu:

 

https://www.youtube.com/watch?v=4DcByZjFqVI

 

🙂

 

 

 update w piatek:

 

no dobra, znalazlam tez to:

 

https://www.youtube.com/watch?v=s9xHbvwG1jY

 

obejrzymy dzis wieczorem tez film i „jakos to bedzie!” 🙂

 

malinowa nauczycielka

wczoraj przyszla nowa pani od fortepianu. polecili nam ja znajomi: starsza pani, chinka. kiedy stanela w drzwiach, zrozumialam, ze mam jakis stereotyp chinki w glowie, ktory wlasnie pada w gruzy. pani – nauczycielka na emeryturze – w burzy kasztanowo-czerwonych wlosow okielznanych diamentowa klamra i z przodu przycietych w idealnie rowna grzywke szybko sie przywitala, wskoczyla w przyniesione kapcie i jeszcze stala w drzwiach a juz siedziala kolo malinowego pianina. rzucila okiem na malinowe nuty, popatrzyla na maline:

 – a ile ty masz lat?

 – 13 i pol. – na maline przeskoczyl juz elektryczny ognik, juz byla „kupiona”.

 – no i nadal chcesz grac takie walczyki dla malych dziweczynek?

 – nie.

pani wyciagnela jakies pogniecione nuty, przebiegla palcami po klawiaturze.

 – fajne?

 – fajne! – rozpromienila sie malina.

 – no to graj.

mialy grac trzy kwadranse, graly godzine. jeszcze brzmial ostatni akord a pani juz sie zegnala w drzwiach wrzucajac kapcie do torby.umowily sie, ze zawsze bedzie jeden klasyk i jeden pop.

 – no to czesc!

temperament w sam raz dla maliny.

 

 

 

 

malinowe wiadomosci dnia

 

pamietam jak mala malina biegala. jak biegala to biegala cala soba. biegla a caly ogrod, caly swiat falowal razem z nia, biegla jakby nie bylo kamieni, korzeni, zadnych schodow, zadnych przeszkod, biegla jakby na koncu miala skoczyc na puchowa pierzyne albo miekki materac. biegla na hustawke, do tatusia wracajacego z pracy, do kuchni, bo pokroilam jej jablko. zupelnie nie pamietam, jak malina chodzila. ze perspektywy czasu wydaje mi sie, ze zawsze biegala, skakala a jak siedziala to machala nogami. musialam o tym sobie pomyslec widzac ja wczoraj przez okno jak wraca ze szkoly. niby idzie objuczona wielkim tornistrem, ale cos jest w tym marszu bardzo energetycznego, biegnacego, podskakujacego. tak sie wlasnie malina wczoraj spieszyla do domu:

 – chcesz pierwsza czy druga wiadomosc?! – wola od progu – bo mam dwie!!! – promienieje.

 – druga poprosze!

przed wakacjami chlopak, ktory byl pianista w szkolnym big bandzie zrobil mature i skonczyl szkole. wczoraj pani od muzyki zaproponowala malinie jego role! spelnilo sie malinowe marzenie, ktore wlasciwie nie mialo szans sie spelnic. big band i grupa teatralna ciesza sie w szkole szacunkiem nie tylko nauczycieli, tylko tym jedynym waznym szacunkiem uczniow i kolegow. malinowe kolezanki gratulowaly malinie i caly dzien cieszyly sie razem z nia.

wiadomosc pierwsza, to jedynka z francuskiego. pierwsza ocena w tym roku. francuski jest piatym malinowym jezykiem, na ktory malina niecierpliwie czekala juz od trzech lat. powtarza slowka i zdania delektujac sie ich brzmieniem jakby mialy smak landrynek.

tak ja te wiadomosci zmeczyly, ze o 19:30 poszla spac.

 

malina 7 lat temu:

 

 

 

 

 

w dzikie dynie zaplatani…

nasza sasiadka ma absolutnego fiola na punkcie pomidorow. co roku dookola jej domu, domku na sprzet, garazu stoja donice a w kazdej inny gatunek pomidorow. koledzy jej trzech synow jak sobie robia przerwe w zabawie, to ida na „lampki” (zolte male pomidorki z zakreconym noskiem) albo „tygryski (czerowne z zoltymi paskami) czy jakie inne kolorowe, pyszne klejnociki.

pozna wiosna maz sasiadki przynosi mi cztery plastikowe donice a w kazdej 15 cm roslinka – wszystkie takie same. dopiero po miesiacu widac, ze to 4 zupelnie inne gatunki, jeden pnie sie ku gorze, drugi zamienia sie w bujny krzaczek a listki ma pokryte siwym meszkiem. w tym roku nie mialam czasu ich przesadzac i tylko wstawilam te plastikowe kontenery do terakotowych donic na gornym tarasie. lato bylo pelne wyjazdow, terminow, wakacji, w przeciwienstwie do ubieglego roku okupowalismy glownie werande, na taras chodzilam tylko zbierac pomidorki. okazalo sie, ze oprocz pomidorow w ziemi byly nasiona dyni. 5 dyn bardzo sie usamodzielnilo. rozlozyly sie na tarasie ozdabiajac go najpierw wielkimi zoltymi kwiatami a teraz pomaranczowymi dyniami. najlepsze jest jednak to, ze kilka pnaczy zaplatalo sie w winogrona i zaczelo spuszczac w dol. tak wiec teraz jedna sciane tarasu zdobia mi male owoce dyni splywajace w dol wsrod winogron i roz. wyglada to genialnie a mi placze sie po glowie a to grechuta a to demarczyk:

„i groszki kwitna i roze…” hmmm i „dynie!”

„w dzikie wino zaplatani…”

 

zaczela sie jesien. jest przepieknie.