joga – wpis nocny.

pierwszy raz w zyciu poszlam na joge w 8 miesiacu ciazy. juz niedlugo mialam rodzic, ale pomyslalam, ze co tam, przynajmniej 3-4 razy pojde i sie porozciagam przed porodem. moj lekarz wysylal mnie na joge od poczatku ciazy, ale zupelnie nie mialam czasu – to byly zlote lata w mojej branzy. kto czytal moje zapiski 10 lat temu to pamieta, ze z pierwszych zajec jogi przerazona pojechalam prosto do lekarza. okazalo sie, ze z 8 cwiczacych ciezarnych mam najbizszy termi porodu a najmniejszy brzuch. cwiczace byly tak gdzies kolo 5-6 miesiaca.

moje drugie podejscie do jogi to bylo 11 dni na polnocy polski w fajnym spa. odzywialam sie platkami salaty, jakimis kaszami bez sosu i uprawialam joge. bylo cudownie. nawet o 6 rano, kiedy cwiczylysmy w lesie na strumieniem. rano lesna lake otulala malownicza mgla i bylo zimno. stalysmy na mostku i staralysmy sie czuc energie rwacej wody przeplywajacej pod naszymi stopami. pamietam jak nasza pani joginka powiedziala, zeby pamietac, ze joga lubi cieplo, no i niezaleznie od jogi zawsze trzeba chronic i ogrzewac swoja swiatynie czyli nosic… no? co?

 – … nosic cieple majtki? – zawolalam.

 – … ciepla czapke!!! – sprostowala pani joginka i bardzo sie polubilysmy.

 

od miesiaca chodze na joge. jeszcze nic nie umiem ani nie moge, ale strasznie mi sie podoba. nie wiem skad, ale wrocil mi humor i jakas  dobra energia. mam wrazenie, ze zamyka sie trudny okres w moim zyciu i zaczyna sie cos nowego. bardzo jestem ciekawa co. na razie boli mnie wszystko, zakwasy mam wszedzie, ale i siedze jakos prosciej i mam wrazenie, ze znow zaczynam stac na dwoch nogach. kto zna to uczucie, ten wie jak to jest.

 

ciekawe czy to jakos wplynie na moja bezsennosc. schodze na dol i bez patrzenia na zegar moge powiedziec: 1:50 i tak jest. regularnosc, ktora mnie meczy i niepokoi. martwie sie, ze bede zmeczona, ze nie bede miala sily na nastepny dzien. kolo 4 wracam do lozka. zasypiam. rano wstaje normalnie i bez trudu. kupilam sobie mini lapmke, zeby czytac w lozku bez budzenia meza, ale jakos nie mam serca jej wlaczac, bo sie boje go obudzic. parze sobie rumianek, czytam cos i wypatruje snu i zmeczenia. postanowilam sie nie martwic, tylko do tego przyzwyczaic. moze tak ma byc?

 

 

 

 

 

 

praca ktora sprawia przyjemnosc.

czasem jak sie robi bardzo stresujaco, to sobie mysle: a lekarzem chcialabys byc? a kierowca autobusowym? a agentem cia? a moze nauczycielka? czy kasjerka?

kazdy ma swoj stres, bolaczki, lenia, odpowiedzialnosc z ktora czasem nie daje sobie rady, glupawego klienta, szefa w zlym humorze albo trzy pechowe dni, kiedy nic nie wychodzi. tak sobie mowie i wracam do moich malp i mojego cyrku, zapalam swieczke, zaparzam swieza kawe i orze dalej ten moj ugor.

od wczoraj jednak widze, ze jest taki zawod, radosny zawod istnieje. wczraj spadl snieg – nagle i duzo. w naszej wsi natychmist pojawily sie dwa odsniezajace samochody. maly i duzy. duzy zalatwial srodek drogi, maly wykanczal drozki, katy i zakrety. na samochodach krecily sie koguty, panowie kierowcy-odniezacze kiwali sobie wzajemnie glowami mijajac sie na skwerku albo machali reka do przedniow czy do mnie jak stanelam w drzwiach zobaczyc jak odsniezaja. odsniezyli doszczetnie a w dodatku kolo poludnia zrobilo sie cieplo i snieg natychmiast znikl, co nie przeszkodzilo panom przejechac ulica raz jeszcze – tak na wszelki wypadek. na szczescie w nocy sypnelo znow troche i dzis panowie sa znow na drogach i drozkach naszej wioski. chlopaki ciesza sie jak dzieci. wyobrazam sobie jak dzis rano wyskoczyli z lozek do pracy. pod naczym domem przejechali juz kilka razy i troche sie martwie, ze jak jeszcze raz tak z wigorem przeleca nasza ulice to zgarna i asfalt i kocie lby a moze nawet kraweznik.

 

 

 

 

w 9 malinowej klasie…

jak malina wybierala szkole 5 lat temu to natychmiast zakochala sie w tej wlasnie w ktorej jest i to gorace uczucie nie mija. kiedys myslalam sobie przewrotnie, ze to wizja wycieczki klasowej we francuskie alpy w 9 klasie tak ja zafascynowala. od lat 9-te klasy (3 grupy) jezdza w styczniu do francji, dzieci mieszkaja w 3- lub 4-osobowych pokojach, caly dzien jezdza na nartach, wieczorem same sobie gotuja kolacje.

malina i jej przyjacioleczki juz pierwszego dnia po letnich wakacjach zaczely snuc plany, robic liste niezbednych zakupow, kompletowac listy z ulubiona muzyka na spotify. a juz dwa tygodnie temu zrobilo sie goraco i w zasadzie nie bylo zadnego innego tematu poza zblizajaca sie data wyjazdu. w niedziele o 7 rano zbiorka. jeszcze kupilysmy nowe rekawiczki narciarskie, jeszcze zupki chinskie (hit wsrod malinowych kolezanek, ktory pewnie jest chemia w czystej postaci) oraz slodycze a tu w piatek malina znienacka padla powalona goraczka, bolem glowy i gardla. w sobote poszlysmy jeszcze do lekarza zeby sprawdzic, czy moze nie przesadzam, ale niestety nie przesadzilam. malina musiala natychmiast wrocic do lozka.

w niedziele skoro swit kolezanki pojechaly do francji na narty a malina zostala w domu. smutna taka, ze nie wiem. przestawilam jej lozko w pokoju, zeby miala widok z okna, kupilam nowe ksiazki, krzyzowki i jakas glupia gazetke i ciagle sie upewniamy, ze w domu jest fajnie, ze fajnie jest leniuchowac, ze w ogole jest fajnie. malina ani nie narzeka ani nic, smutna jest tylko i milczaca.

tatus poszedl w sobote zagrac w … totolotka. postanowilismy wygrac, szybko maline wyleczyc, rzucic prace i we wtorek dowiezc ja na ten narty. no ale niestety ten plan nie wypalil.

 

i juz 10 dni 2018 minelo.

grudzien przelecial jak co roku pelen swiatecznych terminow, ale jakos w tym roku bylo przyjemnie. mam nowe nastawienie do zycia chyba. swieta jak swieta, prezenty jak prezenty, nawet projekt, ktory przyszedl w drugi dzien swiat nie wyprowadzil mnie z rownowagi. bardziej chyba przejal sie moj maz i znienacka zabral nas zaraz po sylwestrze w gory zeby oderwac mnie od komputera i zebym nie jezdzila do monachium, gdzie przygotowywalismy nowa produkcje i siedzialam w studio do nocy. i rzeczywiscie wszyscy sobie dali beze mnie rade a ja z malina spedzilysmy kilka dni na nartach. snieg, slonce i puste wyciagi – genialnie. na zakonczenei przezylysmy burze sniegowa – strach i panika i kolejna nauczka, ze z gorami nie ma zartow.

jakby nigdy nic rozpoczal sie nowy rok. malina wyprawila sobie urodziny, dopiero 10-ty a dwa projekty udalo mi sie pozytywnie zaparkowac w naszej firmie. dzis ide pierwszy raz na joge i generalnie jakos fajnie jest.

kamil stoch skakal tu niedaleko nas i wyskakal sobie slawe i podziw. nie fascynuje sie sportem ani letnim ani zimowym, ale taki spektakularny sukces polaka cieszy i jest prawdziwa osloda dla generalnie negatywnych i ponurych wiadomosci i polskich i europejskich. moi niemieccy znajomi krecili glowami ze zdumienia i podziwu, niemiecka prasa tez. nie moge sie nadziwic, ze w polskiej prasie od tygodnia pojawiaja sie artykuly o zawisci i zazdrosci niemieckich kibicow i skoczkow. ciekawe sa tez reakcje na zone kamila stocha. stawiajac na stylizacje goralska wyroznila sie wsrod pan, ktore na wieczor zalozyly typowe wieczorowe suknie. moim zdaniem w stylizacji goralskiej mozna wygladac genialnie a nie jak w w bluzce z obrusa na szkolnej akademii, ale efekt byl i tak piorunujacy, bo bardzo oryginalny. najbardziej jednak zaskoczyly mnie internetowe komentarze. przewaga zychwytu nad skromnoscia. jak bumerang powraca: „skromna”, „dobrze ulozona”, „wizytowka meza” – niesmacza mnie te slowa w stosunku do doroslej kobiety.

a wam jak sie podobaly czerwone korale i warkocz jak z janosika?

 

swieta, swieta…

 

zwykle na swieta u nas kupujemy bardzo specjalne specjaly a moja mama siedzi przy stole z nosem na kwinte i daje do zrozumienia, ze je tylko przez uprzejmosc. raz nawet przyjechala na swieta a wyjechala przed swietami.

w tym roku postanowilismy uniknac konfliktu i zeby i wilk syty i owca cala… poszukalismy jakiegos sensownego rozwiazania.

dla jasnosci sytuacji musze krotko wspomniec, ze mama niemal bezposrednio po wyladowaniu na monachijskim lotnisku zaczela negocjowac zupe na swieta. przywiozla bowiem suszone grzyby. nie wiem czy tu pisalam, ale dwa miesiace temu moja mama zatrula sie grzybami i na sygnale wyladowala w szpitalu i gdyby nie zwarte sily mojej przyjaciolki z warszawy (glebokie uklony z uderzeniem czolem o posadzke dla kropki!) i sasiadki, to cala historia mogla miec tragiczny final! zrazilo mnie to do grzybow na cale zycie, wiec mowie, ze nie chce zebysmy gotowaly zupe grzybowa. no i niepotrzebne te grzyby, bo przeciez sprawe przedyskutowalysmy juz w kilku rozmowach telefonicznych. na to moja mama, ze w takim razie bedzie barszcz. a na to ja, ze i maz i malina palaja dla mnie zupelnie niezrozumiala zarliwa niechecia do burakow we wszelkiej formie i nienawidza barszczu.

siedzimy wiec przy wspolnej kolacji, delektujemy sie pasztetem z bazanta.

 –  malina, a ty wiesz jak wyglada bazant?

 – wiem!

 – jak?

 – no normalnie. ma dwa rogi.

kurtyna, jak mawia habal.

no wiec przy pasztecie i niezlym winie wyluszczamy mojej mamie tegoroczna koncepcje, ktora jest jakby wyjsciem jej na przeciw – zeby nie musiala meczyc sie z naszym niemieckim, wigilijnym wyborem potraw:

 – w tym roku kazdy ma swoja wymarzona potrawe i to bedzie taka nasza mieszanka rodzinna.

jako pierwsza ma sie wypowiedziec moja mama. bez zastanowienia pada:

 – barszcz.

ludzie, czujecie ten klimat? akurat dzien wczesniej opowiadalaam, ze malina i maz nie lubia burakow, buraczkow i barszczu. a tu prosze moja corka i moj maz chorem:

 – o! swietnie!

to jest moj team, moja rodzina, ktore mnie w biedzie nie opuszcza. w ogole nie ma tematu! super! barszcz. nie bedzie afery jedzeniowej. nawet moje 15-letnie dziecko jest dorosle. malo nie peklam z dumy.

 

poniewaz u nas gwiazdkowym kucharzem jest tatus a ja raczej specjalistka od spektakularnych przypalen, malina postanowila uszyc tatusiowi fartuch. taki jak nosza gwiazdkowi kucharze, ale z jeansu. kupilysmy blekitny jeans i ciemnozielona popeline na wykonczenie i kieszenie. fartuch bedzie prawie do ziemi i bedzie mial dodatkowa waska kieszen na drewniana chochle. zaraz przy pierwszym szwie malinowa dziecieca maszyna do szycia wyzionela ducha. z poddasza przytachalam wiec mojego babcinego lucznika, zamknelysmy sie w malinowym pokoju, muzyka na caly regulator, zelazko z para i do dziela. mysle, ze to bedzie najfajniejszy prezent pod tegoroczna choinka. a co sieubawilmy to nasze, bo wszystko malina szyla na lozku i na przyklad fastrygujac kieszenie fartucha…przyczala fartuch do przescieradla. o jezu jak sie smialysmy.

wszyscy padli juz do lozek a ja tu sobie siedze, pisze, chrupie czekolade i popijam czerwonym winem. jutro mozna spac ile sie chce. usmiecham sie pod nosem na mysl jak dzis, kiedy w przerwie zakupowej zaprosilam wszystkich na kawe i drinka w hype type, bo wlasnie otworzyli filiale w monachium. nie maja takiej kultowej lokalizacji jak w berlinie, ale kawa tak samo genialna. znajadujemy sie w oberpolinger – odpowiedniku berlinskiego kadewe. pijemy kawe i prosecco a obok mnie siada zmeczony facet w wieku mniej wiecej mojego meza i konspiracyjnie wyznaje:

 – szybka kawka. zaraz znajdzie mnie tu zona i to cale szalenstwo potoczy sie dalej…

kiwam glowa ze zrozumieniem:

 – prosze sie nie martwic. moj maz, o! ten tam – wskazuje za meza oddalonego o trzy stolki za malina i moja mama – mowi, ze trzeba jeszcze tylko 4 razy spac i… po swietach!

pan sie smieje, wstaje, idzie do mojego meza i panowie symbolicznei stukaja sie kawa jakby wznosili toast:

 – jeszcze 4 razy…!!!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

malinowa wychowawczyni.

malina jest na szkolnym polmetku. 4,5 roku za nia i tyle samo zostalo jej do matury. jeszcze nigdy nie rozmawialam z zadnym z jej nauczycieli. chodzimy tylko na zebranie na poczatku roku, kiedy nowi nauczyciele sie przedstawiaja i tyle.

przez trzy lata malina miala druga srednia klasowa, teraz plasuje sie na niezlym trzecim lub czwartym miejscu, to co mam chodzic do szkoly i zawracac glowe nauczycielom? niedawno dowiedzialam sie, ze od 10 klasy w ogole nie ma juz spotkan z rodzicami, dzieci… hmmm… mlodziez przechodzi do oberstufe, kazdy stanowi sam o sobie jak dorosly (a w wieku 16 lat moze pic piwo!) i nikt nie moze mu nic powiedziec. pomyslalam wiec, ze to moze moja ostatnia szansa i umowilam sie na spotkanie z wychowawczynia. jako pretekst posluzyl mi fakt, ze malina tak rozrabiala w czasie studium (popoludniowe odrabianie lekcji), ze pani wyrzucila ja do piatej klasy i tam musiala odrabiac prace domowa wsrod malych dzieci. pewnie bym sie o tym nie dowiedziala, ale malina kilka dni temu wrocila strasznie zadowolona… wlasnie z tego wyrzucenia, bo: 1 – malina strasznie sie martwi o swoj image i nie chce miec opinii kujona, 2 – wychowawczynia 5 klasy jest jej ukochana nauczycielka, wiec sobie wesolo pogadaly i w ogole bylo milo.

wczoraj byl dzien otwarty i mozna bylo spotkac sie z kazdym nauczycielem. ja mialam termin 17:20. stawilam sie punktualnie a nawet wczesniej, bo szkola wielka, korytarze pokretne a nie chcialam, zeby pani na mnie czekala. po szkole placza sie tlumy zestresowanych rodzicow, nikt nic nie wie, ale jakos udaje mi sie znalezc sale, gdzie przyjmuje malinowa wychowawczyni. elegancka, mila, atrakcyjna kobieta. podajemy sobie rece. pani jest znana jako surowa, wymagajaca, bezkompromisowa i wszyscy sie jej boja, bo jako jedna z niewielu nauczycielek goni szkolnych palaczy i na przyklad w malinowej klasie dwie dziewczyny nie moga pojechac w styczniu na klasowy tydzien narciarski we francji, bo zostaly przylapane na paleniu.

pani dopytuje sie, co to ja jestem za mama, wiec sie grzecznie przedstawiam a pani zaraz przechodzi na polski. a no tak! zapomnialam, pani jest polka! omawiamy maline. no niestety diabelek. nie moze usiedziec, smieje sie, gada. pani uwaza, ze nic sie z tym nie da zrobic. taki jest malinowy temperament i nawet sie nie mozna na nia porzadnie zezloscic, bo z jednej strony przeszkadza a z drugiej strony pomaga innym w zrozumieniu pracy domowej, tlumaczy jakies tam zadania z fizyki. no i jest z niej czarus! po 5-6 minutach przeszlysmy na tematy polskie, co z wigilia, co z wakacjami, czy wypada nam przejsc na „ty” i ze umawiamy sie na kawe.

wrocilam do domu na skrzydlach, ale zanim w ogole doszlam do glosu, malina energicznie gestykulujac wyglosila dramatyczny monolog, ze tak! ze wie, ze pani jej nie znosi! ze tak! ze smieje sie czasem, ale kazdy musi sie czasem smiac! nawet w szkole! ze pani jest surowa! ze nie ma zrozumienia dla klasy a w szczegolnosci dla maliny! pani uwaza, ze ona jest najgorsza!!!

dalam jej sie wygadac.

dzis malina wrocila ze szkoly dumna jak paw. cale studium sie nie smiala i nie musiala byc przesadzana. pani zapytala po polsku, czy dostala wczoraj wieczorem bure. malina na to, ze tak! (drama queenn!) – pani na to pokiwala glowa: „no takie jest zycie”. na co malina w domu:

 – wiesz, nie sadzilam, ze ona moze tak rozumiec ucznia.

 

 

malinowy tatus.

 

moj maz byl 6 dni w podrozy. z tego tylko dwie noce w hotelu. wiecej czasu spedzil w powietrzu niz na ziemi. niestety spie bardzo zle, kiedy on leci. budze sie i martwie, ze to pewnie moja intuicja nie pozwala mi spac. siegam po komorke sprawdzam wiadomosci i uspokojona, ze nie ma zadnych wiadomosci o samolotowych wypadkach, probuje spac dalej. dzis po 26 godzinnym locie z dwiema przerwami maz wyladowal w poludnie w monachium. wsiada w samochod, jedzie do domu. dzwoni. nastawiam na mikrofon, zeby malina slyszala. ten przylot taty to jakby juz poczatek weekendu, cieszymy sie. maz pyta czy zrobic zakupy na kolacje i czy wiem moze czy przyszla nasza zamowiona lampa to pojedzie przez centrum i ja po drodze odbierze. przewracam oczami: jedz do domu!

wieczorem jemy wczesna kolacje.

 – piwo? – pytam

 – lepiej nie. jak wypije piwo to zasne przy stole. – smieje sie maz.

po kolacji gadamy jeszcze troche. mezowi zwezaja sie oczy a jest dopiero 8 godzina.

 – nie dam rady. musze isc spac, ale jutro bede jak nowy…

malina sciska tate na dobranoc a chwile potem martwi sie:

 – co sie stalo? moze jest chory?

 – malina on w ten tydzien polecial na drugi koniec swiata zeby przygotowac z gromada ludzi, ktorych nigdy nie widzial na oczy prezentacje. godzinna prezentacje. zmeczony jest i tyle. a po drodze jeszcze chcial robic zakupy. malina, myslisz ze to jest normalne?

malina:  – ale tatus zawsze robi zakupy?

tak. robi. wspolczuje kazdemu facetowi, ktory bedzie sie w przyszlosci staral o maline. poprzeczka wisi bardzo wysoko.

 

 

 

 

 

malinowy babel.

 

malina poszla do szkoly w moich, dla niej troche – jak sie okazalo – za malych butach. wrocila z bablem na piecie. nastepnego dnia wrocila do domu z lekka goraczka i w bardzo zlym humorze. napoilam ja herbatka na goraczke, zapakowalam do lozka. wszyscy teraz choruja. jesien. rano bez goraczki ale z lekko obolala stopa poszla do szkoly. z autobusu wyslala sms, ze noga ja coraz bardziej boli. odpisalam, ze zorganizuje termin u ortopedy i wieczorem zobaczymy co tam sie stalo. pewnie naciagniety miesien albo cos. w poludnie malina napisala, ze noga jej spuchla w kostce i bardzo boli. natychmiast odebralismy ja ze szkoly i pojechalismy prosto do ortopedy. stopa jak czerwona pilka, nie dalo sie zalozyc buta ani skarpetki. lekarz zbadal, oznajmil, ze to nie ma nic wspolnego z koscmi tylko weszlo zakazenie tam gdzie byl babel. w niewielkiej ranie jest pelno streptokokow i nastapilo zakazenie krwi, ktore moze prowadzic do sepsy. czerwona kreska od rany – jakby ja ktos namalowal czerwonym flamastrem – ciagnela sie od piety przez cala noge do gory. natychmiast pojechalismy do szpitala. malina dostala silny antybiotyk, kule do chodzenia i moglismy wrocic do domu. gdyby podniosla sie goraczka mamy natychmiast wezwac pogotowie. takie male nic a tyle strachu. i lekcja na cale zycie, ze nie wolno lekcewazyc zadnych najmniejszych nawet ran.

 

 

malinowe czasy

 

jak to bylo w naszych czasach? albo nie pamietam, albo jednak pod tym wzgledem bylo inaczej? malinowa kolezanka o ktorej tu pisalam, ze sie tnie, wyladowala – po dwumiesiecznym pobycie w zamknietej klinice – w prywatnym gimnazjum z internatem an drugim koncu kraju. jeszcze przez rok bedzie brala prozakopobny lek na pokonanie depresji. tydzien temu wpadla do mnie na kawe sasiadka – kiedys nasze corki chodzily razem do podstawowki i m. byla nie tylko czynnie trenujaca akrobatka ale tez jedna z najleszych uczennic w klasie, teraz w gimnazjum zupelnie nie daje sobie rady, przestala trenowac, szaleje, wscieka sie, obwinia rodzicow za swoje zle stopnie. okazuje sie, ze od pol roku chodza do psychologa, teraz dostali polecenie do kliniki i szukaja szkoly z internatem.

wczoraj po klasowce z francuskiego klasowa kolezanka maliny – jedna z dwoch klasowych prymusek – dostala zalamania nerwowego. plakala, trzesla sie, nie miala sily wstac z krzesla. przyjechala karetka a zaraz potem mama i nie wiadomo co dalej. to sa dzieci po 14-15 lat. inna malinowa kolezanka, ktora „niechcacy” rozeslala swoje zdjecia bez biustonosza do kilku kolegow wyladowala na poczatku roku w dziewczecym internacie. a znow inna, ktora juz miala dac sobie rade z bulimia, biega na kazdej przerwie do lazienki…

mysle, ze kiedys sie poprostu o tym nie mowilo.