dzieci z dobrych domow.

troche przesady w tym artykule a troche prawdy:

http://www.newsweek.pl/polska/spoleczenstwo/ofiary-ambicji-rodzicow-dzieci-z-dobrych-domow,artykuly,404552,1.html

malinowa kolezanka korzysta z uslug hipnotyzera, po tym jak zawiodly rozne inne metody, zeby dac sobie rade z napadami paniki przed kazdym testem. dziewczyna byla przebadana na padaczke, ale okazalo sie, ze to jej chora dusza. inna kolezanka ma juz nie tylko pociete ramiona ale i nogi, od gory do dolu. najlepsza uczennica w malinowej klasie wybiega po kazdej klasowce z placzem do lazienki i wymiotuje ze strachu, ze nie dala rady a potem dostaje jedynke pod BEZbeldnym testem. pierwsze, co zawsze i wszedzie opowiada jej ojciec, to to, ze jego corka jest geniuszem matematycznym.

ale tez sa inni rodzice, ktorzy olewaja wyscig szczurow, wysylaja dziecko do realschule, kupuja uzywana perkusje, pozwalaja na zupelnie bezuzyteczne dla „kariery” zajecia jak jezdzenie na longboardzie, malowanie, zeglowanie albo wiszenie na hamaku. jendak nie podoba mi sie, ze ten artykul tak tendencyjnie pisze o „dobrych domach”. bo co to w naszych czasach jest „dobry dom”?

wczoraj siedzialam z malina na pomoscie, ogladalysmy zachod slonca. malina ma ferie i codziennie zegluje na nowej lodce (29-er!!!) z partnerka, ma poobijane kolana, podrapane ramiona, przedwczoraj przewrocila im sie lodka i malina wyladowala pod olbrzymim zaglem, zaplatana w trapez i rozne linki – nie mogla sie wydostac. siedzimy a opowiesciom nie ma konca. mysle, ze ferie sa dla dzieci wazniejsze niz szkola. albo tak samo wazne. i nie warto tego mieszac.

 

malinowe praktyki.

w lipcu malina ma szkolne praktyki. dwa tygodnie uczniowe za darmo pracuja gdzies, zeby zobaczyc jak wyglada dorosle zycie i praca. w zadnym wpadku nie mozna odbywac praktyk w miejscu pracy rodzicow. nie wszystkie firmy chca brac udzial w tym programie, bo co tam za korzysc z takiego pietnastolatka? no zadna w sumie. niektore jednak chetnie przyjmuja i pokazuja mlodym ludziom troche doroslego zycia, znajduja jakies proste zadania do wykonania.

najpierw poradzilam malinie, zeby wybrala sobie cos „manualnego”, cos co sprawi jej radosc i nie bedzie planem na zycie. i natychmiast po tej madrej radzie znalazlam jej praktyke przy produkcji serialu, w teatrze musicalowym a tatus znalazl miejsce w jedynie slusznej firmie samochodowej – najfajniejsze biuro w monachium. zanim rozlozylismy wachlarz mozliwosci przed naszym dzieckiem, popukalismy sie w nasze madre, rodzicielskie glowki i dalismy malinie dzialac samodzielnie, bo to przeciez polowa tego „doroslego” zadania: szukanie miejsca pracy. malina zrobila liste firm, obtelefonowala ja z gory do dolu i teraz ma do wyboru: kwiaciarnie, malutka stocznie, ktora buduje i remontuje sportowe zaglowki (maline interesuje szycie zagli), architekta przestrzeni zielonych, zaklad krawiecki szyjacy bawarskie dirndle.

jak sie ciesze, ze sie powstrzymalismy. czasem trzeba.

malinowy sezon zeglarski

sobote spedzilismy w klubie. rozpakowalismy lodki z zimowego snu i zaladowalismy je na przyczepy. zagle sprawdzone, wszelkie sznurki, klamry i srubki przeliczone, uzupelnione i pieknie zapakowane.

a tu znienacka wczoraj spadl snieg. dzis znowu spadl snieg. temperatura nie podnosi sie ponad zero. niestety nad jeziorem garda wcale nie jest lepiej a w przyszlym tygodniu malina ma pierwsza w tym sezonie regate wlasnie tam. temperatura wody: 10 stopni. obudzilam sie dziw w nocy i przypomnialy mi sie wszystkie opowiesci o dretwieniu miesni w zimnej wodzie. zaproponowalam malinie, ze wycofamy sie tym razem z regaty i … pojedziemy na narty, ale ona tylko sie smieje.

 

brzuch.

 

czy to mozliwe zeby sie zalamac widzac anie lewandowska z plaskim brzuchem tydzien po porodzie? albo pozbyc sie kompleksow dzieki zdjeciu pani bigos, ktorej brzuch po porodzie wisi na udach? podobno mozna! wciagnelam sie w dyskusje na fb wczoraj normalnie jak za dawnych dziennikowych czasow. wsrod komentarzy dalo sie zauwazyc, ze swiat dzieli sie na kobiety, ktorym w pologu brzuch wisial do kolan i kobiety, ktore… klamia. grube „prawdziwe” kobiety i idiotki, dla ktorych figura jest wazniejsza od dziecka.

zadziwila mnie ta dyskusja. dorosle kobiety. niektore rodzily kilka razy i wiedza, ze kazdy porod jest inny, kazde cialo reaguje inaczej, inaczej sie regeneruje, inaczej znosi bol, inaczej sie goi. dorosle kobiety, ktore o swoim brzuchu mowia brzuszek i brzusio.

 

wlasnie wrocilam z berlina.

czasem chyba trzeby wyjsc do ludzi. spedzilam trzy dni w berlinie z powodu berlinale. i tak sie jakos zlozylo, ze spadla na mnie lawina milych komplementow. z roznych stron: od obcego taksowkarza po klientke, z ktora od dawna wspolpracuje nad roznymi projektami. czuje sie dowartosciowana, ladna, madra – psychicznie wyglaskana tak, ze starczy na miesiac. jeden wieczor spedzilam tez na bardzo eleganckim przyjeciu pelnym politykow i dziennikarzy. to jest jednak inny swiat niz moj filmowo-reklamowy. wszyscy mieli normalne buty (faceci w garniturach i smokingach) i nikt nie robil selfi. troche mi bylo szkoda, bo tylu niemieckich celebrytow juz dawno nie widzialam na jednym przyjeciu. nawet nikt nie sprawdzal nerwowo maili ani nie wysylal wiadomosci na whatsapp. w ogole nikt nie trzymal iphona w garsci (jak to jest na moich relamowo-filmowych imprezach) tylko kazdy delektowal sie jakims trunkiem i… normalnie rozmawial. nie wiedzialam, ze ten swiat jeszcze ma takie piekne oblicza…

dirty pączek

jutro wyruszamy na zimowe wakacje, nie wiem czemu, ale mam jakas chandre. moze to hormony albo co bo powodu nie mam.

i tak mecze sie ze soba caly juz dzien az tu nagle wpadlam na wpis na fb: zastap jednos slowo w tytule jakiegos filmu slowem paczek. to glupota taka, ale przeczytalam wszytkie komentarze: Czterej Pancerni i Pączek, Stawka wieksza niz Pączek, Gwiezdne Pączki…

hahaha…

malinowe swiadectwo.

 

za trzy dni swiadectwa polroczne. po tamtegorocznym lekkim dolku (dwie troje), malina wyszla na prosta. jako jedyna w klasie ma jedynke z fizyki i laciny, ma tez jedna z niewielu jedynek z francuskiego i matematyki. wszystkie kreatywne zajecia: muzyka, sport, sztuka tez jedyneczki. biologia i chemia dwojeczki, wiec tez ok. w niemczech w gimanzjum dwojka jest bardzo dobrym stopniem – musialam sie do tego przyzwyczaic. jedyny przedmiot – ku naszemu zaskoczeniu – z ktorym malina ma trudnosci (i troje jak ta lala!) jest niemiecki. kiedys byla najlepsza w klasie: referaty, czytanie, ortografia. od zawsze same jedynki a teraz… bam! wypracowania. chyba nikt nie czyta tylu ksiazek ile malina, ale nie przeklada sie to na jej zdolnosci literackie. malina nie umie sie strescic, pisze trzy kilogramy slow tam gdzie wystarczylyby dwie strony i sadzi takie kwiatki jak: „podziwial u niej umiejetnosc stenografowania i piekne wlosy”. chcialabym jej pomoc, ale nie wiem jak. za wszelkie rady bede wdzieczna. na razie postanowilysmy pisac „pamietnik”. zawsze tylko jedna strone: opis obiadu, drogi do szkoly, jakiegos wydarzenia klasowego czy nowej sukienki kolezanki. codziennie jedna strona. zobaczymy czy to pomoze.

ze swiadectwem w dloni wyruszamy na narty jak co roku. licze godziny i minuty.

Odwaga jest początkiem działania, szczęście jest jego końcem. – Demokryt

 

takimi slowami rozpoczela sie dzisiejsza joga. przeszlysmy do cwiczen rownowagi. tancerz. ktora strona jest silniejsza: prawa, ktora do dzialania i podejmowania decyzji potrzebuje rachunku dla glowy czy lewa, intyicyjna, podazajaca za wyborem serca?

na lewej nodze stoje jak stalowa sprezyna, moge sie skupic na oddechu i napieciu miesni, wyciszam sie, otwieram serce. na prawej nodze nie moge sie na niczym skupic bo trace rownowage.

nasza pani joginka radzi, zeby probowac zrownowazyc sile obu stron i dzieki temu osiagnac psychiczna rownowage (ze tak  to w skrocie ujme) – mamy na to cale zycie, mnostwo czasu, czas na cierpliwe formowanie swojej rownowagi. na to odezwala sie pani cwiczac obok mnie. na oko ponad 70 lat, siwiutka i zadbana:

 – ja juz nie mam duzo czasu. – rozesmiala sie.

zamarlam.

na to pani joginka, tez pogodnie:

 – ale za to masz dojrzalosc.

 

jak sie ma troje dzieci…

ojciec trojga dzieci, maz i wlasciciel malej firmy. zabil sie. podobno mial depresje. mieszkal tu jedna ulice dalej, ale znam go tylko z widzenia. wszyscy go strasznie zaluja i tylko moj maz pokrecil glowa: jak on mogl tak zostawic rodzine, dzieci.

tomasz mackiewicz tez zostawil dzieci i rodzine. podobno powyzej 7000 mozna przezyc bez tlenu tylko dwie godziny. nie mam pojecia o wspinaczce i bez medialnej burzy wokol tego nieszczescia pewnie bym o tej wyprawie nigdy nie uslyszala. taki temat, jak i samobijcza smierc sasiada zmuszaja do reflekcji.

dzis natknelam sie na ten tekst – wprawdzie o wypadku, ale tez o podejmowaniu decyzji, ambicji, marzeniach, ich realizacji, o szczesciu. gdyby szekspir dzis zyl, to mialby temat na piekny dramat o ludzkim losie.

http://sztuka-i-psychoterapia.blog.pl/2015/03/18/przyjaciela-nie-opuszcza-sie-nawet-gdy-jest-juz-tylko-bryla-lodu/

 

 

malinowe makaroniki

w sobote malina piekla makaroniki z kolezanka z klasy. kolezanka po 6 tygodniowym pobycie w klinice (ale to nie ta co sie tnie) bierze psychotropy i cortison i nie moze jesc slodyczy. pomyslalam, ze powinny upiec cos przasnego, bo bawienie sie goraca czekolada i laczenie cukru pudru z maslem bedzie dla niej tortura. nie, nie, nie, kolezanka koniecznie chce sie od maliny nauczyc piec makaroniki. trzy godziny dziewczyny staly w kuchni i swietnie sie bawily. pomyslalam, ze taka zabawa to chyba najlepszy dodatek do tych wszystkich lekarstw i dietetycznych zakazow.

o umowionej porze, idealnie punktulnie zjawila sie mama kolezanki – drobna, szczupla, jak zawsze w idealnie obcietych wlosach. powietrze w kuchni zafalowalo. dziewczyny usmiechaly sie ale juz nie smialy. musialy dokonczyc miniaturowe swinki, ktorymi udekorowaly makaroniki. widac, ze potrzebuja jakies 15-20 minut. proponuje mamie kolezanki cos do picia. nie. dziekuje.

 – t.musisz sie pospieszyc. w domu jest tyle jeszcze do zrobienia. wiesz, ze nie mamy czasu – popedza corke. a ja sobie mysle, ze jest sobota wieczor, co tam moze byc jeszcze do zrobienia? jej corka wlasnie orzechodzi terapie na odprezenie, bo z nerwow nie daje sobie rady w szkole, na ulicy, nie moze u nikogo nocowac, ma leki i ciagle sie spieszy, nie moze jesc nie tylko ze wzgledu na diete, ale tez bo zwczajnie nie moze. do kliniki trafila wazac mniej niz 40 kilo a jest niemal tak wysoka jak malina.

no wiec stoimy tak niezrecznie w kuchni, ona nie chce usiasc, nie chce zdjac kurtki, bo wlasciwie to wlasnie wychodza przeciez. cos rozmawiamy o szkole, o jej genialnym synu, o tym ze malina jak miala zakazenie krwi to musiala wziac antybiotyk.

 – antybiotyk?!!! – patrzy na mnie z niedowiezaniem i wyraznie oburzona – moje dzieci NIGDY w zyciu nie wziely antybiotyku. nigdy!

 – no ty to masz szczescie. – udaje mi sie jakos uprzejmie odpowiedziec.

 

na koniec dziewczyny chcialy podzielic makaroniki miedzy soba na pol. ale nie, nie nie. kolezanka nie moze jesc slodyczy, mama kolezanki n i e  z n o s i  makaronikow, tata je tylko slodycze bio a syn czyli brat… no jemu makaroniki pewnie sie nie spodobaja. brat jest mianowicie perfekcjonista i takie krzywe makaroniki to pewnie wysmieje i nie bedzie chcial jesc.

jak tylko sobie poszly, znow zrobilo sie milo.

makaronikow nie jemy, bo sa takie ladne, ze szkoda.