troche przesady w tym artykule a troche prawdy:
malinowa kolezanka korzysta z uslug hipnotyzera, po tym jak zawiodly rozne inne metody, zeby dac sobie rade z napadami paniki przed kazdym testem. dziewczyna byla przebadana na padaczke, ale okazalo sie, ze to jej chora dusza. inna kolezanka ma juz nie tylko pociete ramiona ale i nogi, od gory do dolu. najlepsza uczennica w malinowej klasie wybiega po kazdej klasowce z placzem do lazienki i wymiotuje ze strachu, ze nie dala rady a potem dostaje jedynke pod BEZbeldnym testem. pierwsze, co zawsze i wszedzie opowiada jej ojciec, to to, ze jego corka jest geniuszem matematycznym.
ale tez sa inni rodzice, ktorzy olewaja wyscig szczurow, wysylaja dziecko do realschule, kupuja uzywana perkusje, pozwalaja na zupelnie bezuzyteczne dla „kariery” zajecia jak jezdzenie na longboardzie, malowanie, zeglowanie albo wiszenie na hamaku. jendak nie podoba mi sie, ze ten artykul tak tendencyjnie pisze o „dobrych domach”. bo co to w naszych czasach jest „dobry dom”?
wczoraj siedzialam z malina na pomoscie, ogladalysmy zachod slonca. malina ma ferie i codziennie zegluje na nowej lodce (29-er!!!) z partnerka, ma poobijane kolana, podrapane ramiona, przedwczoraj przewrocila im sie lodka i malina wyladowala pod olbrzymim zaglem, zaplatana w trapez i rozne linki – nie mogla sie wydostac. siedzimy a opowiesciom nie ma konca. mysle, ze ferie sa dla dzieci wazniejsze niz szkola. albo tak samo wazne. i nie warto tego mieszac.