najpierw upralismy nasz 25letni namiot z ktorym podrozowalismy kiedys przez pol swiata. ile burz i wichur przezylismy schronieni w tym niegdys bordowym a teraz szaroburym iglo? zlozylismy staruszka pieknie i schowalismy w garazu, bo wyrzucic jakos nie umiemy. w internecie obejrzelismy sto milionow roznych namiotow i zdecydowalismy sie na czarny z neonowozielonymi wypustkami, wyglada jak statek kosmiczny. fantastyczny.
tak wyposazeni odnalezlismy nasz niegdys ulubiony kemping na korsyce w gorach. co wieczor siedzac po turecku jedlismy francuskie przysmaki, pilismy genialne wino z metalowych kubkow, przeganialismy osy i koty, podziwialismy zachod slonca. tak jak kiedys, kiedy podrozowalismy motorem, zadnych krzeselek ani stolkow. kawe gotowalismy rano na naszym starutkim mini-palniczku w trawie. ani razu nie bylismy na plazy, tylko codziennie szukalismy slynnych gorskich zrodel. kapalismy sie z lodowatej, krysztalowo czystej, zrodlanej wodzie. malina skakala na glowke, bo w malenkich zatoczkach jest 5-10 m glebokosci i cudowne, kolorowe ryby.
po kilku dniach zwinelismy caly dobytek i pojechalismy do bonifacio zeby przeskoczyc (godzina promem) na sardynie. pogoda korsykanska: skwar i olepiajace slonce i wiatr. wiatr niestety tak silny, ze odwolano wszelkie rejsy na nastepne dwa dni. znalezlismy pokoj w porto vecchio – rozkladania namiotu nie ryzykowalismy. cieszylismy sie wieczorami w porcie a trzeciego dnia poplynelismy na sardynie. w naszym ulubionym hotelu czekal na nas ulubiony pokoj. dwa tygodnie wstawalismy z mezem o 6:30, witalismy slonce, plywalismy w gladkim – o tej porze dnia – jak stol morzu. przeczytalismy kilka ksiazek, rozegralismy kilka partii scrabble, malina cwiczyla szkic a ja dziergalam szydelkiem. odwiedzajac rozne plaze znalezlismy klub w ktorym wypozyczano sportowe zaglowki lasery i malina codziennie skakala lodka po falach. posiniaczone kolana, spuchniete rece ale dwa tygodnie TYLKO swietny humor. kicz i sielanka. wydziergalam jej na szydelku niebieskie bikini-bluzke. moglaby w tym chodzic dzien i noc, byla zachwycona.
pamietajac okropny calonocny sztorm z tamtego roku, ktory rzucal poteznym jak dwa bloki promem jak lupinka orzecha a potem potezna powodz w livorno, do ktorego dotarlismy nieprzytomni po nieprzespanej nocy, obawialam sie naszego powrotnego rejsu. na szczescie w tym roku bylo cudnie, morze spokojne, niebo obsypane gwiazdami i livorno powitalo na wschodem slonca jak w bajce. w domu bylismy w 7 godzin! wszystko wrzuciismy do piwnicy, bo szkoda nam bylo czasu na porzadki i pranie i z butelka wina polecielismy na pomost zobaczyc, czy i u nas zachody slonca takie ladne jak zagranica. no ladne sa. i jezioro ladne. i humor po harmonijnych wakacjach jest.
wczoraj malina poszla do szkoly. 10 klasa. w czwartek zaczyna kurs na prawo jazdy na motorowce a wiosna kurs – finansowany przez nasz klub! juhu! – na trenera zeglarskiego. chodzi dumna jak paw i bardzo szczesliwa.

