cale lata moja kuchnia (kiedys w chatce jak i tu teraz) niby ambona jest miejscem gdzie wznosze sie na dostepne mi wyzyny retoryki umoralniajacej. ilekroc mam z tego powodu wyrzuty sumienia to mysle sobie, ze inne dzieci maja gorzej. jakies kary, punkty, a moze nawet lanie? malina na swoim czerwonym krzesle (to krzeslo ma juz ponad 12 lat!) slucha tych moich monologow mniej lub bardziej zainteresowana, czasem lekko spiaca nad porannym sniadaniem a czasem lekko zirytowana po kolacji. czasem mysle sama o sobie: o boze, juz daj spokoj, dobrze?
niestety nie udaje mi sie wypowiedziec krotko, taka matczyna misja, jeszcze piec zdan, dwie madrosci, jedna przestorga, jakis przykladzik z zycia wziety, co?
ale przychodzi taki moment. taki moment, ktory – naprawde – mozna troche porownac do pierwszych krokow, pierszego jedzenia lyzeczka, pierszego okraglego zdania – kiedy malina siedzi, cos opowiada i dodaje swoj komentarz albo tez relacjonuje swoja reakcje. i to jest (niemcy maja na to genialne okreslenie „sternstunde”) taki moment, kiedy czlowiek (matka) odczuwa ulge: tak, te monologi, to kiwanie palcem, te metafory, te przyklady, ta kuchenna litania ma sens! tak. przynosi owoce. czlowiek zasial nasionko i prosze: wykluwa sie roslinka.