21 wiek.

 

cuda niewidy, rzeczy o ktorych nawet nie marzylam bedac dzieckiem, magia telefonu, ktorego powierzchnie wystarczy musnac palcem a juz dzwoni, pokazuje zdjecia, filmy, czas, przypomina ze jutro mam spotkanie kwadrans po 10-tej. skype. szybki samochod, ktory sam wie dokad jade. na codzien zyjemy w przeswiadczeniu, ze cywilizacja dala nam nieskonczona wladze i swobode. jestesmy nowoczesni, dzieki antybiotykom chorujemy nie dluzej niz 3 dni. dzieki samolotom mozemy sie spotkac z kims na drugim koncu europy a wieczorem znow siedziec przy wlasnym stole. drukarki 3d, kino 3d, liczydelko krokow… wszystko jest mozliwe.

az przychodzi choroba. nie, nie taki glupi wirus, ktory rzucil mna o lozko miesiac temu tak, ze w nocy przyjechalo pogotowie a lekarz dal mi zwolnienie na dwa tygodnie. dwa tygodnie? ostatni tak dlugo to lezalam z zapaleniem pluc 10 lat temu. i nic. zaden antybiotyk, zadne lekarstwo – lez w lozku i juz.

nie. nie. nie chodzi mi o tego wirusa. chodzi mi o siostre mojego meza. 11 dni temu martwila sie kotem sasiadow, ktory wyspal sie w jej swiezo posadznych kwiatkach. 10 dni temu zmartwila sie guzem w piersi. 8 dni temu bala sie biopsji, ze pewnie boli. 5 dni miala na szukanie odpowiedniej kliniki. a moze tydzien pozniej? moze za miesiac? zeby sie doinformowac? poszukac zaufanego lekarza? nie, nie. teraz. natychmiast. dzis od pol godziny lezy na stole operacyjnym. i nic, zaden magicznny app, zadne muskanie szklanego ekranu, zadna nowoczesna technologia jej nie pomoze. jak 100 lat temu sprawne rece lekarza wytna jej chory kawalek ciala, zaszyja. 21 wiek. niemoc.

 

Dodaj komentarz