w tym roku na plazy obserwowalismy niemiecka rodzine, ktora jeszcze sie dobrze nie rozlozyla na piasku a juz wkurzona mama glosno opieprzala i corke i syna. potem nastapila klotnia z mezem. dolatywaly nas wkurzone „dla ciebie wszystko jest smieszne! a zycie nie jest smieszne. zycie jest gowniane!” zanim sie zebrali z plazy, mama zrobila kilka rozesmianych zdjec z mezem, zdjecie cudownego morza i dzieci w wodzie. nie jakies tam byle jakie zdjecia telefoniczne tylko wymierzone wypasionym aparatem. wieczorem bylismy swiadkami jak stala na zakrecie i „kierowala” mezem zeby wyjechal wielkim autem z waskiej uliczki. glosno komentowala nieudaczne manewry malzonka a i synowi z boku tez sie niezle dostalo. jestem pewna, ze na fb znajomi mogli podziwiac cudowne rodzinne wakacje na sardynii. i moznaby zwalic wszystko na jakis zly dzien, ale widywalismy te rodzine jeszcze kilkakrotnie i zawsze bylo podobnie.
naszla mnie wtedy ta reflekcja o wirtualnym wizerunku, ktory ze rzeczywistoscia mija sie tak szybko jak dwa pociagi ekspresowe pedzace w przeciwnych kierunkach. pstryk – tylko krotki moment zblizenia, zdjecie i juz ich nie ma.