a ja.

a ja mam tak. sama ide do teatru polonia. w oczekiwaniu na seans sacze martini i podsluchuje o czym mowia przy sasiednim stoliku. potem szukam swojego krzeselka. potem gasnie swiatlo a na scenie dzieja sie ciekawe rzeczy. potem jest przerwa. wychodze i jest cieplo. i kazdy w jakim zamysleniu, rozbawieniu, troche lepiej ubrany niz normalnie. gdzies w oddali mknie tramwaj. to to jest taki moment, kiedy jestem wzruszona takim wzruszeniem, ktorego nie umiem dobrze opisac, ale nawet teraz w domu potrafie przywolac to uczucie przyjemnosci.

potem ide na kawe z kolezanka, ktora jeszcze wczoraj nie wiedziala ze bede w warszawie, bo ja sama tego nie wiedzialam. i ona natychmiast ma czas na kawe. inna gotuje obiad i zaprasza mnie z malina. ot tak. z dnia na dzien. to wiem, ze jestem w warszawie. w niemczech na wszystko umawiam sie z polrocznym wyprzedzeniem.

widze, ze na ochocie od mojej ostatniej wizyty znow kilka kamienic dostalo nowe sukienki, mruga slicznymi oknami, blyska nowymi parapetami a wokol nich wija sie nowe chodniczki to az mi dobrze, bo malina kreci glowka, ze ja tu spedzilam dziecinstwo i tu jest slicznie. niestety rozwalony smietnik, za ktorym gralismy w chowanego o w ktorego katku latalismy na siku (nikt nie ryzykowal sikania w domu, bo rodzice mogli uznac, ze koniec i juz by nie wypuscili na podworko, bo pozno) jest pokryty nowym tynkiem, wyglada jak domek, ma sliczne futeczki… zamykane na kluczyk. ciekawe jak sobie dzieci teraz z tym radza:-)

tramwaje z klimatyzacja lub bez gladko sunace po szynach albo przewalajace sie po nich z takim zgrzytem i gruchotem, ze umarlego by poderwalo z grobu, ale punktualne. dla maliny tramwaje w warszawie sa taka atrakcja, ze kiedy wsiadamy w taksowke do konstancina, pol drogi jest obrazona. ok do starej milosnej tluczemy sie autobusem ku radosci dziecka. wszedzie czysto, rowniutkie, czerwone chodniczki, blyszczace dachowki. nuda jak w niemczech.

placac za pralinki u bliklego odpowiadam malinie: dobrze, sloneczko! co wyglada jakby bylo skierowane do sprzedajacej za co ja przepraszam a pani sie smieje: mialam nadzieje, ze to do mnie! w autobusie pytam z malina o droge kierowce. odpowiada, tlumaczy, wysiadamy. kierowca rusza dalej wzdluz placu teatralnego i dalej macha do maliny reka, malo w latarnie nie wjedzie. w kawiarni widze, ze nie mam kremu do rak a suchych rak nienawidze. mila pani kelnerka dyskretnie uzycza mi kropelke swojego kremu. podrapanej malinie kelner przynosi plasterek. w sklepie pani biega za malina zeby dobrac jej wystarczajaco dopasowane buty. malina ustawia sie w kolejce do punktu coca coli, zeby wyprodukowac puszke ze swoim imieniem. zostawiam ja na pastwe tego marketingu, lece po upatrzona kiecke na gore w arkadii. wracam. zamieszanie. okazalo sie, ze nie mozna wyprodukowac puszki jak sie jest nieletnim, wiec jakies starsze panie chca sie podac za opiekunki maliny, zeby dostala te puszke. pojawiam sie i wszyscy sie ciesza: ta dziewczynka byla taka smutna! chcialysmy ja na chwile adoptowac! w nagrode dostaje i ja te nieszczesna puszke.

w sobote wieczorem ide z mama i malina na iscie plebejskie wydarzenie: water symphony na podzamczu. o 21:30 gra glosno muzyka, na mgle kropelek hologramowy dyrygent dyryguje wodnym przedstawieniem, feria swiatel i tanczacych fontann. nie dziwie sie, ze mimo poznej pory wsrod widzow duzo dzieci. rozmach tego widowiska dociera do mnie jednak dopiero po jego zakonczeniu. niesamowite ilosci ludzi zaczynaja sie rozchodzic. jedni wspinaja sie po slicznych nowiutkich schodach na rynek nowego miasta, inni wzdluz wislostrady ida jakby tlumna procesja do autobusow i trawaju na podowalu, bokiem mkna rowery glosno dzwoniac, zeby nikt nie wpadl im pod kola. ludzie nie mieszcza sie na drodze dla pieszych, wiec trzeba ich ostrzegac, zeby nie bylo wypadku.

uliczne teatry malina zalicza dwa razy: kopciuszek i czerwony kapturek. osada jest tak genialna, ze doroslych jest wiecej niz dzieci. jakas starsza pani widzac, ze malina nie moze znalezc miejsca oferuje jej swoje kolana. malina ma jednak swoja poduszke do siedzenia na ziemii za to w pierwszym rzedzie. pamietam pchle szachrajke sprzed roku i lament. boze jak ja bym chciala taki teatr w monachium.


mnie tam sie w polsce bardzo podoba. 

Dodaj komentarz