berlin, berlin.

tydzien w berlinie. prezentacja za prezentacja. pewnie mi tam tak dobrze, bo czuje jakbym byla w warszawie. tylko taksowkarze jeszcze bardziej pyskaci. mysle, ze niektorzy dra sie na wszystkich zeby dac za dosc tradycji (berliner schnauze:-)
krecimy fajny fimik w jakiej pieknej willi pod berlinem, mam przerwe wiec wpadam na plan. kreca w garazu a ja widze wazny mail w komorce, wiec wpadam do domu, pierwszego napotkanego pytam o gniazdko do pradu i login do internetu. patrzy na mnie zdziwiony. jezu, czy zawsze musimy miec jakichs takich gapowatych asystentow, czy co?
podaje mi zimna cole, zgodnie z moja prosba i wskazuje lazienke, bo chce sie odswiezyc – jechalam z centrum prawie godzine. dostaje maly swiezy reczniczek, wiec wybaczam mu wszystko. rozkladam sie z bambetlami na sofie i pisze, telefonuje, biegam po pieknym ogrodzie, bo ja zawsze jak telefonuje to szybko chodze. no dobra, wszystko zalatwione. ide do garazu zobaczyc jak tam kreca. a kreca z mala dziewczynka, ktora jest niesamowita i mozna ja zjesc. kazda scene powtarza cierpliwie 100 razy jak prawdziwa aktorka. kolega producent podchodzi i pyta czy potrzebuje internet i ze w namiocie produkcyjnym sa chlodne napoje. dziwie sie szczerze i mowie, ze juz dostalam zimna cole i swiezy recznik do rak i laptop mam w salonie, bo po cholere mi namiot skoro mamy taki fajny salon? producetowi robia sie oczy jak dawne piec marek niemieckich:
 – bylas w srodku????!!!
 – no! a co?
 – no bo my wynajmujemy garaz na zdjecia i w kontakcie mamy zastrzezone, ze zeby nie wiem co nie wolno do ogrodu i do domu.
 – o jezu… jakis asystent mnie wpuscil i nic nie powiedzial.
 – ktory?
 – no ten. – pokazuje winnego.
 – ups. to jest wlasciciel domu, ktory tu wszystkiego pilnuje zeby nikt niczego nie ruszal, nie wszedl na trawnik i w ogole strasznie upierdliwy, ale w koncu podpisalismy umowe tylko na garaz…
jezuniu. rzucilam sie do "gapowatego asystenta", ktory nagle przestal mi sie wydawac taki gapowaty, bo skoro nalezy do niego historyczna willa warta ponad 2 miliony, to nie moze byc z niego taka gapa, co? przeprosilam go i obiecalam zaraz zabrac torbe i reszte.
 – trzeba bylo mi powiedziec!
 – prosze pani. ja juz dawno nie widzialem zeby ktos wszedl i dokladnie wiedzial czego chce. nie umialem pani odmowic.
czyli jednak gapa, pomyslalam. ale tez naszla mnie refleksja: ile moznaby w zyciu osiagnac, gdyby tylko sie nie bac. gdyby isc przebojem, bez leku i bez wahania. bez watpliwosci. tu zdobylam gniazdo elektyczne i dostep do internetu, ale w zyciu moznaby osiagnac "przebojem" znacznie wiecej. gdyby tylko moc sie uwolnic ze smyczy dobrego wychowania, wyuczonych zakazow, nakazow, strachu i wiecznych analiz.

no i jeszcze jedna refleksja. w berlinie jest strasznie glosno. jak w warszawie. w czasie jednej prezentacji na 6 pietrze pieknej kamiency tramwaje wyly tak glosno, ze zamknelismy okno. a mnie sie to podoba. zycie tetni, ulice zyja, lato pulsuje, wszystko bucha energia. a wracam do domu i jeden samochod wieczorem wkurza mnie jak nie wiem i psuje humor.

pierwszy raz wrocilam do nowego domu jako do domu. pieknie. szczegolnie ciemnorozowe jezioro przed zmrokiem. ciekawe kiedy to rzeczywiscie bedzie NASZ dom?

Dodaj komentarz