malina siedziala na plocie i kiwala nozka. nowa sasiadka, matka trzech chlopakow kiwala z kolei glowa:
– nudzi ci sie co?
– nie. – malina kreci glowa.
sasiadka nie daje za wygrana:
– u nas same chlopaki niestety.
– wiem – odpowiada malina, a ja sie nie wtracam, bo obcinam roze wokol nowego domu – chodze z ch. do klasy.
ch. jest najmlodszym synem zza plotu i malina poznala go na probnym dniu w nowej szkole..
– a!!!! no wlansie. wy jestescie w jednej klasie! to przeciez pewnie poznalas tez c.?!
– tak.
sasiadka lapie za telefon i dzwoni do rodzicow c. maja przyjechac to dostana ciasto i kawe. wlasnei jest potrzebna jakas dziewczynka do zabawy. tu siedzi malina (ta nowa z klasy) i sie nudzi.
po 15 minutach na rowerach przyjedza rodzina. c. w wieku maliny, jej straszy brat i rodzice. rzucamy sekatory i idziemy na ciasto do nowych sasiadow. uradkiem podgladam maline. sasiedzi maja piekny dom na drzewie. chlopaki namawiaja ja zeby weszla i natychmiast odsuwaja drabine. juz mam sie rzucic na pomoc, ale malina smieje sie i zlazi z drzewa jak wiewiorka. kupila towarzystwo. jest "swoja". trzy godziny latania od ogrodu do ogrodu, po drzewach, po krzakach, po linie, grania w kometke, bujania sie na hamaku z przekretem i chowania po katach. serce mi rosnie i widze szczesliwego meza. niby zajada sie ciastem, gada o kafelkach do piwnicy a tez zezuje na maline jak nam sie pojawi na horyzoncie.
tu malina tez ma fajne kolezanki, tez sa mili rodzice i piekne ogrody, ale jest cos czego nie umiem nazwac a jednak jest inne. jedyne slowo, ktore przychodzi mi do glowy jest: "uprzejmosc".
niby nic a jednak wielka roznica.