od trzech dni malina ma co jakis czas szklane oczeta, ktorymi zaglada mi smutno wglab mojego serca saczac melancholijne:
– ale tam nie bedzie a.
– a. bedzie cie przeciez mogla odwiedzac a nawet nocowac w weekendy.
– ale tam nie ma mojej szkoly.
– jest sliczna inna szkola.
– ale tam nie ma mojego ogrodka.
– jest inny piekny ogrodek i jezioro i gory.
malina wzdycha tylko przeciagle zeby calym swoim jestestwem wyrazic dezaprobate oraz absolutne rozczarowanie naszym postepowaniem.
a dzis rano… wchodze do jej pokoju i zamiast zakopanej pod pierzyna maliny, nie dajacej sie wyglaskac do zycia, lezy dziecko rozesmiane od ucha do ucha i z oczetami jak latarnie w ciemnosci. czuje, ze cos sie kroi, ale zaspana przedzeiram sie najpierw pod prysznic i tam reanimuje. schodze na dol. malina w slonecznym humorze nalewa sobie mleko do chrupek i usmiecha sie wesolo. moze to jest sroda? jej ulubiony dzien tygodnia? nie…
malina czeka az postawie sobie kawe i oznajmia:
– mysle, ze jesli na tarasie powiesimy nasz hamak to ten dom moze byc bardzo fajny. no i jamnik. jakbym tam miala jamnika to moge sie przerowadzic jeszcze w tym tygodniu.
aha. ciekawe jak wczesnie sie obudzila, zeby zmajstrowac ten sprytny plan. wyslalam mezowi sms-a, ze dziecko zaczyna negocjowac. wyskok na narty po szkole tez przemawia do jej wyobrazni. zaczyna jej sie podobac.