kazdy czytelnik tego bloga zna te piekna bajke o malinie NIEplaczacej. bajka jak to bajka. troche w niej prawdy troche fikcji. bo na przyklad dzis malina lezy juz w lozku a spozniony na kolacje tatus zupe dyniowa z pieczonymi kielbaskami i grzankami. ja do towarzystwa popijam piwo, kiedy nagle slyszymy, ze malina placze. biegne na gore. pewnie cos jej sie zlego sni! ale nie malina chlipie taka z lekka obrazona.
– heeej, co sie stalo? – glaszcze ja.
– smuuuutno mi… – chlipie moje dziecko.
– ale czemu? cos ci sie smutnego przysnilo?
– nieeee eee eee…
pewnie jakies szkolne smutki. wypytuje i wypytuje ale malina kreci glowka. w koncu wyznaje wycierajac nos:
– bo ja totylko takie byle co dostalam na kolacje a tatus… zupe taka pyszna… i kielbaski… a ja jestem taka glodnaaaa…
normalnie mnie zamurowalo i nie wiedzialam czy sie smiac czy malina jeszcze bardziej sie obrazi. no o 9 nie ma jedzenia, szczegolnie, ze wiedzialysmy, ze tatus wroci pozno i poszlysmy na kolacje w miescie okraszona wielkim ciastkiem na deser. szybko przypominam to ciastko.
– eee takie male ciastko… a tatus ma kielbaski…
– kochana, spij szybko to zaraz bedzie sniadanie.
malina zamknela oczy i zasnela w ciagu kilku minut. wciaz mnie to strasznie wzrusza, ze takie dziecko potrafi plakac, gadac a potem trzy minuty pozniej spac.
… i po placzu.