zaliczylam dzis pedagogiczna wpadke. calkiem niechcacy. spontanicznie.
jeszcze przed wakacjami malina wyznala mi w tajemnicy, ze ch. calowala sie z i. no dziwne mi sie to wydalo, bo ch. jest najmlodsza w klasie. i w ogole to mowimy o dzieciach w wieku 7-8 lat! zapomnialam o tym szybko, bo pomyslalam, ze to jakas malinowa fantazja.
dzis mama n. opowiada, ze jej syn na wiadomosc, ze ch. i i. sa zaproszeni na party urodzinowe skomentowal:
– tak? to moze znow beda sie calowac.
mama byla oburzona. a ja sama nie wiem co myslec.
jade z malina i tak zagaduje:
– hmmm pamietasz, jak mi opowiadalas, ze ch. i i. sie caluja?
– tak. a. tez sie calowala z i.
u kurcze, no!
– tak? a ty? calowalas sie tez?
– nie. ja bede sie calowala jak bede dorosla.
– jak bedziesz nastolatka to pewnie sie bedziesz juz calowac.
– eeee chyba nie.
– pewnie tak i to jest ok, bo wiesz mlodziez to juz jest bardziej odpowiedzialna i myje zeby. – jezusie, co ja gadam? ale brne dalej – a takie male dzieci jak wy to wiesz jak to jest… no czesto zebow nie myja i takie calowanie jest bleeeee… no okropnie obrzydliwe.
– tak myslalam – odpowiada malina – najlepiej calowac sie z mezem, bo w domu mozna sprawdzic czy myje zeby czy nie.
i teraz martwie sie, ze moze malina w przyszlosci bedzie miala jakas traume? i bedzie musiala isc do psychologa, bo bedzie sie brzydzila calowania? moze cos popsulam?
a wy co byscie powiedzialy? no?