odwiezlismy maline do dziadkow. od dwoch tygodni nie mieszkaja 400 kilometrow od nas tylko 60 i zamiast 4 godzin jestesmy u nich w 25 minut. jedno z najpiekniejszych miejsc w okolicy. jeju jak nam bylo smutno wracac. robilismy plany. co tu takiego mozemy zrobic, czego nie mozemy z powodu maliny? do miasta, do kina na pozny seans, poszlismy… na spacer. kiedys czy deszcz czy snieg czy cieplo chodzilismy przed snem na spacer. zagladalismy ludziom do okien, ogrodow, lazilismy skrajem lasu, gadalismy. po powrocie mycie zebow i spac. od osmiu lat tardycja zamarla, bo jakos nie umiemy zostawic maliny samej w domu. po spacerze lyk wina w ogrodzie i na gore… wsponamy sie cichaczem jak zawsze i nagle maz glosno:
– co my sie tak czaimy? na gorze nikt nie spiiiiiii!!!! mozemy skrzypiec schodami ile chcemyyyyy!!!!
jakos wytrzymamy ten tydzien, co? z rana poszlam prasowac malinowe sukieneczki, teraz rzucam sie w okropny projekt, wieczorem kolacja ze znajomymi w ulubionej restauracji, potem weekend ktory mial byc albo w barcelonie albo lizbonie a bedzie wiszeniem na hamaku z ksiazka. w poniedzialek misja trzydniowa w hamburgu i zaraz potem zabieramy maline do domu. jestem pewna, ze dzis na porannym spacerze z psem ani chwili nie zatesknila. milosc maliny do dziadka i dziadka do maliny jest niepowtarzalna i jakos czujemy ze niemiecka babcia troche ma z tym klopot.